09.03.2015 09:33

Europe – War of Kings

„The Final Countdown” zamknął Europe w klatce. Czy „War of Kings” zmieni cokolwiek w postrzeganiu tego zespołu?

Europe – War of Kings
foto: materiały prasowe

Niedawno pisałem w recenzji nowej płyty Scorpions, że jest to zespół kojarzony ostatnio jedynie z balladami. W przypadku Europe mamy do czynienia z podobną sytuacją, tyle że doprowadzoną do absurdu.

„The Final Countdown” uczynił z Europe globalną gwiazdę i zapewne dostarczył członkom zespołu środków do życia, których nie zdołają wydać przed śmiercią, ale również zamknął w klatce. Od nagrania tego hitu wszystkie płyty zaczęły być oceniane przez jego pryzmat, a Europe szybko okrzyknięto zespołem jednej piosenki. Zupełnie niesłusznie. Europe nagrywało dobre płyty zarówno przed (całkiem niezła „Wings of Tomorrow”), jak i po wydaniu „The Final Countdown”. Żeby nie wyliczać zbyt długo – choćby ostatnia czysto hardrockowa „Bag of Bones”.

Bardzo ucieszyłem się, że kierunek obrany już jakiś czas temu jest kontynuowany również na najnowszej płycie Szwedów. Z tą różnicą, że o ile „Bag of Bones” przesiąknięta była wpływami bluesa, to „War of Kings” jest stylistycznie gdzieś pomiędzy Deep Purple, Rainbow i Black Sabbath. Miejscami ma się wrażenie, że muzyka ta jest bardziej purpurowa niż obecne dokonania Deep Purple. „War of Kings” sprawia wrażenie nagranej w połowie lat 70. Te riffy, brzmienie perkusji i oczywiście wokal Tempesta – to stara szkoła hard rocka w wykonaniu wyżej wymienionych tuzów. Dla przykładu posłuchajcie tej ciężkiej zagrywki gitarowej w kawałku tytułowym – czy można wymyślić to lepiej?

Zresztą cały album wprost skrzy się od mocarnych riffów. Takie „Praise You” czy „Nothin’ To Ya” to dla mnie kandydaci na klasyki grupy. Potężnie brzmi także motyw przewodni „Hole in My Pocket”. Ale czemu tu się dziwić, skoro wiosło dzierży John Norum, istny profesor gitary – o czym często się dziś nie pamięta. I to taki w stylu Tony’ego Iommi – piszący lepsze riffy, bo niezwykle nośne i charakterystyczne, niż solówki. Ale i w tym drugim elemencie Norum umie się wykazać – jest na „War of Kings” kilka pięknych przykładów, a najlepszym chyba końcówka ostatniego na krążku „Light Me Up”.

Nie byłoby purpurowego klimatu bez organów Hammonda. Pełnią one rolę niebagatelną, bo nie tylko wspomagają, ale są przeważnie są równorzędnym instrumentem do gitar. W „Nothin’ To Ya” pojawiają się także organowe motywy orientalne, co jest w karierze Europe pewnym novum. Dodają piosence nieco tajemniczego posmaku.

Przy całej mocy materiału zgromadzonego na płycie zespół nie zapomniał o przebojowości – swoim znaku rozpoznawczym. Większość refrenów to autentyczne killery, a te z „Second Day” czy „Days of Rock’n’Roll” błyskawicznie wskakują do głowy i prędko jej nie opuszczają. Ale najpiękniejszą melodią odznacza się jedyna (jakżeby mogło zabraknąć) ballada w zestawieniu, czyli „Angels (With Broken Hearts)”. Naprawdę piękny to numer. Na podbój list przebojów w sam raz, a przy tym brzmi rasowo, a nie mdło, jak to bywało już nie raz w przeszłości. Tempest śpiewa tu z niesamowitym przejęciem i o ile w każdym kawałku się wykazał, to tę partię wokalną cenię chyba najwyżej.

Nie wiem, czy „War of Kings” zmieni cokolwiek w postrzeganiu Europe. Pewnie nie, skoro sztuka ta nie udała się płytom wcześniejszym. Dla niektórych Szwedzi już zawsze pozostaną synonimem kiczowatej komerchy lat 80. Szkoda, bo jest to w tej chwili jeden z najlepszych zespołów hardrockowych na rynku. „War of Kings” to potwierdza. Skoro Scorpionsi za swój ostatni krążek dostali ode mnie „czwórę”, to w tym przypadku nie może być gorzej.

Ocena: 4/5

Dominik Zawadzki
Tagi: Recenzje Europe