28.04.2015 08:44

J.D. Overdrive - The Kindest of Deaths

Zespół udowadnia, że w Polsce da się grać „po amerykańsku”. I to pod wieloma względami. 

J.D. Overdrive - The Kindest of Deaths
Foto: materiały prasowe

Muzycy J.D. Overdrive koncertowali już z największymi gwiazdami metalu pokroju Down, Black Label Society czy Soulfly. Niewiele polskich zespołów może się czuć pewnie w obecności takich sław. Jednak żeby uzyskać większe uznanie w Polsce i na świecie, będą musieli dać z siebie więcej. 

„The Kindest of Deaths” to doskonały dowód na to, że J.D. Overdrive dojrzał muzycznie i podąża w dobrym kierunku – to płyta świetnie wyprodukowana. Zespół umiejętnie balansuje między brudem i klarownością brzmienia.  Gitarzysta, Michał Stemplowski postawił na surowość, zamiast na wachlarz efektów. Takie rozwiązania sprawdzają się we współczesnym metalu coraz częściej (wystarczy spojrzeć na liczbę pozytywnych reakcji na nowy album śląskiej kapeli Embrional). O samym akustycznym przerywniku „Seeds and Stones” można w temacie brzmienia sporo powiedzieć.

Wojciech Kałuża, który odpowiada w zespole za wokale, świetnie dopasował się do partii instrumentalnych i znalazł kompromis między ciężarem i melodyjnością. Dzięki temu niektóre fragmenty takich utworów jak „Demon Days” czy „A Painful Reminder” doskonale zapadają w pamięć. Ważne jest to, że Kałuża nie zahacza o popowość. W takim brudnym, południowym metalu, byłoby to niewybaczalne.

Według mnie największą siłą J.D. Overdrive jest to, że doskonale odnajdują się zarówno w stoner rockowych, jak i metalowych klimatach. „The Kindest of Deaths” każdym swoim riffem oscyluje gdzieś między twórczością wczesnego Kyuss oraz Down. Ich brzmienie jest na tyle ciężkie, żeby bez trudu można ich było zidentyfikować jako metal. Pozwalają sobie przy tym na zwolnienia i typowo bluesowe wstawki, które kojarzą się z rockową stroną stonerowego grania. Przyjemnie pobrzmiewają przy tym wszystkim echa Black Sabbath. J.D. Overdrive to zespół wychowany na klasyce. I nie chodzi mi tylko o whiskey.

Idealnie pokazuje to utwór, który jest według mnie najlepszy na całej płycie.  „Dull knives and deadfriends” to kawałek niesamowicie przemyślany. Każda zmiana tempa odbywa się w nim w idealnym momencie. Każdy riff ma w sobie coś oryginalnego i chwytliwego. Jeśli ktoś chce się przekonać o potencjale J.D. Overdrive, powinien posłuchać tego numeru. Być może, gdyby zespół rozwinął ten styl, otworzyłoby mu to drogę do większej popularności.

Największa wada „The Kindest of Deaths”? Słychać na tej płycie sporo riffów-zapychaczy. Wiele motywów wypada z pamięci już kilkanaście sekund po tym, jak wybrzmią. Zespół, który ma duże ambicje nie może sobie na coś takiego pozwolić.

Mimo to, poprzednie nagrania J.D. Overdrive brzmią przy ich nowym albumie zaledwie jak demówki. Zespół rozwija się w bardzo szybkim tempie i jeżeli umiejętnie pokieruje swoją karierą, to kolejna płyta może być dla nich przełomowa. Na tę chwilę jest zachodnie brzmienie i kilka bardzo udanych riffów, teraz czekamy na jeszcze lepsze kompozycje... 

Ocena: 4/5

Marcin Wodyński

Marcin Krzysztof Wodynski
Tagi: Recenzje J.D. Overdrive