17.03.2015 16:55

Mark Knopfler – Tracker

Nowy album Marka Knopflera już na sklepowych półkach. Co znajdzie słuchacz na kolejnej solowej płycie byłego lidera Dire Straits?

Mark Knopfler – Tracker
foto: materiały prasowe

Przede wszystkim mało dźwięków kojarzących się właśnie z legendarną kapelą. Oczywiście każdy gitarzysta ma swój unikalny styl gry, Knopfler nie jest tu wyjątkiem. Momentami da się usłyszeć na „Tracker” coś, co może kojarzyć się DS. Ale te fragmenty dałoby się zepchnąć na margines tej płyty. Mark już dawno zdefiniował swoje muzyczne solowe wcielenie. Ma ono dużo z folka, trochę z country, nieco z muzyki celtyckiej. Każdy kto słyszał ostatni studyjny album Knopflera „Priveteering” (swoją drogą album naprawdę świetny), powie, że dużo wspólnego z latami największych sukcesów na pokładzie Dire Straits na niej nie znajdziemy. Knopfler gra teraz muzykę trudniejszą niż kiedyś, a to dlatego, że zdecydowanie mniej popularną. Ale może sobie na to pozwolić, bo jest gwiazdą i tak czy inaczej sprzeda zadowalającą go liczbę płyt, a przy tym robi, na co ma ochotę i stale artystycznie się rozwija.

„Tracker”, ósmy album solowy w dorobku Szkota, to kwintesencja jego stylu. Muzycznie raczej subtelny, balladowo delikatny. Lirycznie wpadający w nostalgię. Sporo tu tekstów o uciekającym czasie. Sporo o niesprawiedliwości świata („Beryl”). Nie brak również wątków autobiograficznych („Laughs And Jokes And Drinks And Smokes”, „Basil”). Jest w tej płycie jakiś rodzaj smutku, ale nie pesymistycznego, raczej jest to mądry smutek osoby doświadczonej życiem.

Choć płyta zdominowana jest przez folkowo-countrowe pomysły, które łatwo wpisują się w knopflerowski schemat, jak otwierający album „Laughs And Jokes And Drinks And Smokes” czy „Mighty Man”, to pojawiają się też rzeczy nieco niespodziewane. „Skydiver” to granie mocno przesycone muzyką The Beatles. Po prostu bardzo sympatyczne – wesołe i skoczne. W „River Towns” Knopfler usunął w cień swoją gitarę, a ballada rozwija się pod dyktando partii saksofonu. Zresztą z gitarą jest na „Trackerze” właśnie trochę tak jak w wyżej w wspomnianej piosence. Jest raczej schowana, łka cichutko w kącie. I choć bez niej nie byłoby tej płyty, to nie znalazła się tym razem na pierwszym planie.

To, co najbardziej wpada w ucho, to właśnie te fragmenty, w których Knopfler stara się nieco urozmaicić swój wachlarz zagrań. W „Broken Bones” Mark wesoło funkuje, wpadając wręcz w dyskotekowy klimat lat 70. Wychodzi to naprawdę przekonująco. Nieco Dire Straits pojawia się w „Long Cool Girl” i już wkrada się bocznymi drzwiami większa przebojowość. W „Lights of Taormina” unosi się zapach dylanowskiej ballady, co nie może dziwić, gdyż utwór ten został napisany, gdy Knopfler grał z Dylanem wspólną trasę. Najpiękniejsze zostało jednak na koniec – wieńczący album „Wherever I Go”, to po prostu wspaniała rzecz. Nostalgiczna ballada, zaśpiewana w duecie z Ruth Moody – członkinią Wailin’ Jennys – kanadyjskiego trio wykonującego muzykę roots. Wyróżnia się nie tylko świetną współpracą wokalistów (Ruth mocno wygładziła szorstkość, którą ma niejako w naturze Knopfler), ale również rewelacyjnymi partiami gitary i saksofonu, które zdają się przenikać.

„Tracker” to nic innego jak kolejny stopień na schodach kariery Marka Knopflera. Artysty, który już nic nie musi. Nagrywa jak chce. Nowa płyta jest logicznym rozwinięciem poprzedniczek i choć „Privateering” podobała mi się bardziej, bo mimo ilości zawartych tam piosenek (2 CD!) była bardziej spójna, to tu też jest całkiem dobrze.

Ocena: 3,5/5

Dominik Zawadzki
Tagi: #Mark Knopfler #Recenzje