27.03.2015 11:14

Nightwish – Endless Forms Most Beautiful

Zapomnijcie o Nightwish z Tarją Turunen! Nowa płyta może bardzo w tym pomóc.

Nightwish – Endless Forms Most Beautiful
foto: materiały prasowe

Świat płakał, gdy Tarja Turunen rozstawała się z Nightwish. Płakała też sama wokalistka. Od tamtej chwili upłynęło niemal dziesięć lat, najwyższa pora wyjść z tej żałoby!

Wokalistka otrząsnęła się z szoku i dotychczas nagrała cztery solowe płyty. Zespół również poszedł swoją drogą. Jeśli po nagranych z Anette Olzon płytach „Dark Passion Play” (2007) i „Imaginaerum” (2011) można się było jeszcze zastanawiać, czy Nightwish bez Tarji ma sens, to album „Endless Forms Most Beautiful” z Floor Jansen rozwieje wszelkie wątpliwości.

Powrót do tego, co najlepsze

Tęskniącym za starym Nightwishem powinien przypaść do gustu już pierwszy utwór na krążku. W „Shudder Before the Beautiful” znajdziemy to, co Tuomas Holopainen tak bardzo niegdyś lubił, czyli walkę gitar z klawiszami. Wszystko, z czym kojarzony jest jego zespół, trafiło natomiast do „Alpenglow”. Kompozycja umieszczona została tuż przed innym znakiem szczególnym zespołu – instrumentalnym wyciszeniem w „The Eyes of Sharbat Gula”. Głównemu kompozytorowi nie bez przyczyny najnowszy album przypomina krążki „Oceanborn” i „Once”. Fani twórczości Nightwish sprzed lat powinni to docenić.

Najnowsza płyta to jednak coś więcej niż nawiązanie do najlepszych czasów. Dzięki niej do zespołu mają szansę przekonać się również ci, którzy dotychczas z trudem trawili operowy śpiew pierwszej wokalistki czy wysokie tony drugiej.

Tuomas Holopainen w końcu uznał, że jego muzyka obroni się bez tego. W wywiadzie dla Antyradio.pl zdradził, że wszyscy czuli, iż nowe utwory tego nie wymagają. Rzucili wykształconej klasycznie – i podobnie jak Tarja – dysponującej sopranem Floor Jansen wyzwanie zaśpiewania łagodniej i intymniej.

Muzyczna ewolucja jednej płyty…

Wokalistka holenderskich grup After Forever i ReVamp wywiązała się z niego znakomicie, zwłaszcza w spokojniejszych utworach „Élan” i „Our Decades in the Sun”. Swoje operowe umiejętności wykazała już wcześniej – podczas koncertów z Nightwish od końca 2012 roku. Być może będzie miała do tego jeszcze okazję na kolejnych płytach grupy. Na „Endless Forms Most Beautiful” dzięki temu w końcu można skupić się na muzyce nieprzytłoczonej wokalem.

A jest czego posłuchać. Muzycy podczas nagrań wykorzystali naprawdę imponujące instrumentarium. I nie chodzi tylko o standardowe w ich przypadku instrumenty klawiszowe, gitary, bas i perkusję. W 2013 roku Brytyjczyk Troy Donockley w końcu został uznany za oficjalnego członka grupy. W kompozycjach takich jak „My Walden” odwdzięcza się ujmującymi dźwiękami dudami i fletów.

We wrześniu 2014 roku ponadto zespół zawitał do Londynu, do współpracującego już przy poprzednich płytach Pipa Williamsa, by dograć jeszcze partie orkiestry i chóru oraz instrumenty perkusyjne.

W efekcie tego na ostatnim etapie produkcji inżynier dźwięku musiał radzić sobie z setkami ścieżek! Szkoda słuchać tego wszystkiego w słabej jakości. Nightwish ma tego świadomość – dla tych, którzy wyjątkowo zasmakują w tych mniej i bardziej subtelnych dźwiękach, przygotowali instrumentalną oraz orkiestrową wersję krążka.

Na płycie, której tytuł Tuomas Holopainen zaczerpnął z dzieła życia Karola Darwina „O powstawaniu gatunków”, zespół ewoluował w jeszcze jeden, dość istotny sposób. Chyba po raz pierwszy w tak dużym stopniu frontman podczas tworzenia dopuścił do głosu (nie tylko jako wokale w tle) basistę Marco Hietalę. To jemu należy podziękować za najmocniejsze – dosłownie i w przenośni – partie płyty: „Weak Fantasy”, „Yours Is an Empty Hope” czy fragmenty epickiego finału „The Greatest Show on Earth”. Osobiście życzyłabym sobie takich cięższych kompozycji więcej.

… i ewolucja na jednej płycie

Ostatnią (a może pierwszą?) cegiełkę do tego wszystkiego dołożył ewolucjonista Richard Dawkins. Frontman grupy wśród inspiracji wymienia wiele książek, ale wpływy autora „Najwspanialszego widowiska świata” są najbardziej widoczne. To on swoim łagodnym i spokojnym głosem spaja początek i koniec płyty. To jemu zawdzięczać możemy 24-minutowe zakończenie „Endless Forms Most Beautiful”, czyli muzyczną historię 4,6 miliardów lat życia na Ziemi. Do niego sprowadza się tak naprawdę cała płyta – opowieść o nauce i rozumie, a jednocześnie miłości i szczęściu.

Opowieść świetnie skomponowana, budująca napięcie od pierwszego do ostatniego utworu, która ma szansę przypaść do gustu nie tylko zagorzałym fanom symfonicznego metalu. Nightwish nie odciął się od przeszłości i dokonań z Tarją. Po dwupłytowym epizodzie z Anette Olzon zrobił spory krok do przodu. Zdecydowanie w dobrym kierunku.

Ocena: 4/5

Urszula Drabińska
Tagi: Nightwish Recenzje