10.12.2014 11:03

Soundgarden – Echo of Miles: Originals

W tym roku na półki sklepowe trafiła płyta Pink Floyd „The Endless River” (po 20 latach od wydania albumu „Division Bell”), z kolei w tamtym roku Panowie z Birmingham zwani Black Sabbath, spotkali się w oryginalnym składzie po 35 latach (!) i wspólnie nagrali krążek „13” (ostatnim studyjnym albumem z Ozzym Osbournem był „Never Say Die!" z 1978 roku), czemu o tym wspominam?

Soundgarden – Echo of Miles: Originals
foto: materiały prasowe

Bo jak widać takie „powroty”, wszelkie kombinacje i reaktywacje są modne. W 2012 roku, pierwszym studyjnym albumem od czasu wydania „Down on the Upside” (1996 rok) uraczyła słuchaczy grupa Soundgarden. Kazali na siebie czekać 16 lat, to sporo czasu… Nie były to jednak lata chude, bo w tym okresie muzycy aktywnie działali. Były koncerty (m.in. występ na Lollapalooza), był podsumowujący działalność album „Telephantasm” (2010) aż wreszcie „King Animal” (2012) z premierowym materiałem (po reaktywacji ogłoszonej przez Cornella na twitterze). Teraz, w 2014 roku, kompilacją „Echo of Miles” złożoną z utworów, które wybrał Kim Thayil, zespół poniekąd serwuje powtórkę z rozrywki. „Poniekąd”, bo wśród znanych kompozycji, pojawiło się parę nowości.

Krążki są trzy: „Originals” (oryginalne kawałki), „Covers” (covery, m.in. utwory Rolling Stones i The Doors) i „Oddities”. Jest też wersja okrojona, nieco uboższa - wydawnictwo jednopłytowe, na którym znajdziemy dwa nowe kawałki. Jednym nich jest utwór „Kristi” - stworzony w 1996 roku, aczkolwiek do tej pory niepublikowany, mroczny, ponury, utrzymany w stylu Type O Negative. Drugi to odświeżone po 30 latach demo, zatytułowane „Storm” - połączenie mocnych gitar z nutą nostalgii. Poza tym jest „Birth Ritual” (soundtrack do filmu „Singles”), energiczny, przywołujący skojarzenia z AC/DC – „Heretic” (pochodzący z wydanej w 1985 roku kompilacji „Deep Six”), leniwie snujące się z głośników „Blind Dogs” (ścieżka dźwiękowa do „The Basketball Diaries”), rytmiczne „Live to Rise” i balladowe „Fresh Deadly Ross” (odrzut z „Louder Than Love”). Krótko mówiąc solidna porcja grunge, okraszonego całą masą gitarowych riffów, szczyptą psychodeli i charakterystycznym wokalem.

Trzypłytowa kompilacja to takie ciastko z kremem. Najpierw pożeramy je wzrokiem, a potem się nim zajadamy, aż pojawia się przesyt. Po czym pewnego dnia zaczynamy wracać myślami do cukierni i znowu mamy ochotę na coś słodkiego. Tylko czy ta słodycz nie jest aby podana w nadmiarze? Fani grunge z pewnością odkurzą wspomnienia, przypomną sobie stare, dobre, zbuntowane czasy i będą w pełni usatysfakcjonowani, ja mimo wszystko jednak podziękuję. Przejdę na dietę. Wolę delektować się rarytasami z wydania jednopłytowego, które w zupełności zaspokaja mój apetyt na Soundgarden.

Ocena: 4/5

Aneta Wieczorek

Magda Słomka
Tagi: Recenzje Soundgarden