20.02.2018 14:53

15. rocznica pożaru na koncercie Great White. Zginęło wtedy 100 osób

20 lutego 2003 miała miejsce jedna z największych tragedii w historii rocka.

15. rocznica pożaru na koncercie Great White. Zginęło wtedy 100 osób
foto: ELISE AMENDOLA/ASSOCIATED PRESS/FOTOLINK/EAST NEWS

Historia muzyki pisana jest niezapomnianymi, wspaniałymi koncertami, ale niestety, ma także swoje czarne karty. Tak jak w życiu – zdarzają się także niewyobrażalne tragedie.

Kiedy zaniedbane zostają względy bezpieczeństwa, o wypadek nietrudno. Kluby i sale koncertowe nie zawsze są należycie przygotowane na sytuacje kryzysowe, takie jak pożar. W takich sytuacjach organizatorzy nie potrafią zapanować nad tłumem w panice, ani zorganizować ewakuacji. Niekiedy odpowiedzialność spoczywa po stronie zespołu. Wiele przyczyn nałożyło się na jedną z największych tragedii w historii amerykańskiej muzyki.

20 lutego 2003 w klubie The Station w West Warwick w stanie Rhode Island odbywał się koncert amerykańskiego zespołu hardrockowo-glammetalowego Great White. Zespół znany był z efektownej oprawy swoich występów, w tym efektów pirotechnicznych.

Tuż po 23.00 Great White rozpoczął koncert od swojego wielkiego przeboju „Desert Moon”. Kilka sekund po tym, jak rozbrzmiały pierwsze dźwięki, techniczny odpalił „piro” umieszczone przy podeście perkusisty. Niestety, przypadkiem zapaliła się poliuretanowa pianka dźwiękoszczelna, pokrywająca ściany sali koncertowej. Wokalista Jack Russell zdążył tylko powiedzieć: „Och, niedobrze…”. W ciągu kilku minut pożar gwałtownie rozprzestrzenił się w sali.

Co gorsza, wypełnił ją gryzący, gęsty dym z płonącego poliuretanu. Dym był równie groźny, co same płomienie. Zawierał bowiem trujące tlenek węgla i cyjanowodór, które wywołują szybkie i ciężkie zatrucie. Chmury dymu ograniczały również widoczność w klubie i utrudniały ucieczkę.

W obiekcie na koncercie były 462 osoby – znacznie więcej, niż dozwolona pojemność klubu. Wielu z nich było zdezorientowanych sytuacją - mogli sądzić, że ogień jest elementem show. Kiedy pożar zaczął przybierać na sile, zapanowała panika. Ludzie zaczęli tłoczyć się w kierunku głównego wyjścia, choć były jeszcze trzy inne wyjścia ewakuacyjne. W efekcie wielu widzów zostało zadeptanych.

100 osób straciło tego wieczora życie – w wyniku poparzenia, uduszenia dymem lub zadeptania. Wśród nich był między innymi gitarzysta Great White, Ty Longley. Podobno muzyk zamiast rzucić się do ucieczki, próbował ratować swój sprzęt… 230 osób zostało rannych lub w inny sposób poszkodowanych.

great w

Zespół Great White istnieje do dziś, ale przez wiele lat nie wykonywał feralnego „Desert Moon”. Nie przyjeżdżał także z koncertami do północno-wschodnich Stanów Zjednoczonych. Potrzebował kilku lat, by otrząsnąć się z tej traumy, ale już zawsze towarzyszyć mu będzie wspomnienie o jednym z najtragiczniejszych pożarów w historii Stanów Zjednoczonych, który kosztował życie jednego z jego muzyków.

Maciej Koprowicz
Tagi: Rock News