04.02.2016 16:21

25 lat temu ukazała się płyta „Innuendo” Queen

Dokładnie ćwierć wieku temu Queen wydał ostatni premierowy materiał z udziałem Freddiego Mercury'ego.

25 lat temu ukazała się płyta „Innuendo” Queen
foto: materiały prasowe

Czternasty album studyjny Queen (licząc z soundtrackiem do filmu „Flash Gordon”) był wielkim przeżyciem dla całego zespołu. Jego rejestracja, która przeciągała się od marca 1989 roku aż do listopada 1990, stanowiła smutny wyścig z czasem. Wiosną 1987 roku u Freddiego Mercury'ego wykryto wirusa HIV, a wkrótce potem zdiagnozowano AIDS. Choć muzyk zdawał sobie sprawę z pogarszającego się stanu zdrowia, trzymał chorobę w tajemnicy.

To właśnie jego kondycja była przyczyną opóźnień w nagrywaniu. Wytwórni płytowej zależało na wydaniu krążka w okresie świątecznym, termin okazał się jednak nierealny. Mimo to „Innuendo” dotarło do pierwszego miejsca w wielu krajach europejskich, w tym w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Szwajcarii i Włoszech. Niemal wszędzie płyta utrzymywała się na szczycie przez kilka tygodni.

Ogólna sprzedaż albumu na całym świecie szacowana jest na 6 milionów egzemplarzy. Promowało go wiele singli, w tym kawałek tytułowy i „The Show Must Go On”, zaliczane do najbardziej rozpoznawalnych kompozycji zespołu. Oprawa graficzna krążka była inspirowana grafikami francuskiego ilustratora Grandville'a, a także wykorzystywała jego dzieła.

Dziś, w 25. rocznicę wydania „Innuendo”, przenieśmy się raz jeszcze na dwór Królowej i przypomnijmy sobie, jak brzmiał jej łabędzi śpiew.

Powrót do korzeni

„Innuendo” pod wieloma względami przypominało starsze, bardziej progresywne dokonania zespołu z lat siedemdziesiątych. Przekonywał o tym już utwór tytułowy, który był najdłuższym singlem w historii zespołu, przebijając pod tym względem nawet „Bohemian Rhapsody”.

Kawałek starał się też dorównać tamtemu utworowi pod względem rozbudowania. Po głównej części, stanowiącej dostojny acz ponury marsz, słyszymy krótkie wyciszenie. Następnie otrzymujemy bardziej skoczny fragment na gitarze flamenco wykonany gościnnie przez Steve'a Howe'a z zespołu Yes i powtórzony już przez samego Briana Maya. Fragment ten charakteryzuje się też nietypowym tempem.

Mimo ambitnej formy kawałek zadebiutował od razu na pierwszym miejscu brytyjskiej listy przebojów i do dziś stanowi jednego z faworytów fanów grupy. Doczekał się też charakterystycznego teledysku z wykorzystaniem animacji poklatkowej i fragmentów wcześniejszych teledysków Queen.

Do bardziej klasycznych dla grupy kompozycji można też zaliczyć również wydaną na singlu „Headlong”, skomponowaną pierwotnie przez Briana Maya z myślą o jego solowej płycie „Back to the Light”. Kiedy jednak gitarzysta usłyszał ją w wykonaniu Mercury'ego, uznał, że powinna się znaleźć w repertuarze jego zespołu. Innym utworem, który przeszedł podobną drogę, jest „I Can't Live with You”.

„Headlong” nawiązuje bezpośrednio do utworu „Breakthru” z poprzedniego albumu grupy, „The Miracle”. Tam słyszymy słowa „I wanna rush headlong into this ecstasy”, z kolei w utworze z „Innuendo” pada wers „And you're rushin' headlong”. Teledysk zrealizowany do kawałka był jedną z ostatnich rejestracji Mercury'ego.

Chwilę od szaleństwa

Jednym z najbardziej wyróżniających się fragmentów „Innuendo” jest niemalże industrialny „I'm Going Slightly Mad”. Za sprawą niepokojących klawiszy i nisko nastrojonego basu Johna Deacona, utwór ma wyjątkową atmosferę, którą uzupełnia ironiczny tekst zinterpretowany przez Mercury'go w iście aktorski sposób. Bezpośrednią inspiracją do niego były zaniki pamięci brytyjskiego dramaturga Noëla Cowarda, na które pod wpływem choroby cierpiał również muzyk Queen.

Pełnię aktorskich umiejętności wokalista mógł zaprezentować dopiero w teledysku wyreżyserowanym przez duet Rudi Dolezal i Hannes Rossacher. Czarno-biały klip stanowiący wyraźny hołd dla kina niemego przeszedł do kanonu właśnie za sprawą doskonałej roli wokalisty. Brak kolorów i okazała peruka pozwoliły ukryć jego stan zdrowia.

W klipie pojawiły się korespondujące z tekstem motywy goryla i bananów. Brian May nawiązał do swojego zdjęcia z pierwszej płyty Queen, przebierając się ponownie za pingwina. Freddie Mercury brał też czynny udział w tworzeniu scenariusza i podrzucał reżyserom własne pomysły.

Dni naszych żyć

Choć wszystkie utwory na „Innuendo” zostały podpisane przez cały zespół, aby uniknąć osobistej rywalizacji poszczególnych muzyków, wiadomo, że głównym kompozytorem „These Are the Days of Our Lives” był perkusista Roger Taylor. Mimo że w teledysku to właśnie on wystukuje charakterystyczny rytm, w rzeczywistości syntetyczne bębny conga nagrał producent David Richards.

W odróżnieniu od „I'm Going Slightly Mad”, „These Are the Days of Our Lives” stanowi lekką i bardzo pozytywną kompozycję, którą po śmierci Mercury'ego odbierano jako jego osobiste pożegnanie. W rzeczywistości tekst napisał Taylor, obserwując swoje dzieci. Teledysk zrealizowany do utworu kontynuował czarno-białą stylistykę poprzednika, co w połączeniu z mocnym makijażem miało na celu zamaskowanie stanu zdrowia wokalisty. Klip okazał się ostatnim zarejestrowanym materiałem muzyka.

Słowa „I still love you” były ostatnimi, które Mercury wypowiedział do kamery. To również nawiązanie do kawałka „Love of My Life” z płyty „A Night at the Opera”, gdzie dwukrotnie padał ten sam wers. Wokalista często kończył też nimi koncertową wersję utworu.

20 kwietnia 1992 roku na Stadionie Wembley odbył się specjalny występ w hołdzie Freddiemu Mercury'emu. Do instrumentalistów Queen dołączyli wówczas inni znani muzycy, m.in. James Hetfield, Robert Plant i Tony Iommi. „These Are the Days of Our Lives”, wykonane wówczas po raz pierwszy na żywo, zostało zaśpiewane przez George'a Michaela i Lisę Stansfield.

Przedstawienie musi trwać

Prawdopodobnie najbardziej znanym kawałkiem z albumu - i jednocześnie jednym z największych przebojów Queen - jest jego finałowa, przejmująca kompozycja „The Show Must Go On”. To niezwykle osobisty utwór naznaczony przeżyciami umierającego Freddiego Mercury'ego. Bez problemu znajdziemy je w poświęconym jego zmaganiom z chorobą tekście Briana Maya. Już samo jego nagrywanie było dla wokalisty wielkim wysiłkiem, o czym wspominał kompozytor.

"

Powiedziałem mu: „Fred, nie wiem, czy w twoim stanie to się w ogóle da zaśpiewać”. A on na to „Zrobię to, ku*wa, kochanie”. Odstawił wódkę, zaczął nagrywać i powalił nas, kompletnie kalecząc swój głos. "

„The Show Must Go On” ma wszystko to, czym Queen podbił serca fanów na całym świecie: mistrzowską dramaturgię, stadionowy refren i pełnię szczerych emocji. Za kompozycję odpowiadał przede wszystkim May, który inspirował się „Kanonem D-dur” Pachelbela oraz wykorzystał sekwencję akordów z „I Want It All”.

Teledysk przygotowany do utworu został zmontowany ze scen wcześniejszych klipów grupy z lat 1981-1991, pomijając „Under Pressure” i „Hammer to Fall”. Wbrew pozorom, utwór nie zawojował pierwotnie list przebojów i zbudował swój kultowy status dopiero na przestrzeni lat.

23 listopada 1991 roku Freddie Mercury wydał oficjalne oświadczenie, w którym przyznał się do choroby i wyjaśnił, czemu utrzymywał ją przez cały czas w tajemnicy, prosząc jednocześnie swoich fanów o zrozumienie. Zaledwie dzień później wokalista zmarł w wieku 45 lat. Do ostatnich chwil poświęcał się swojej sztuce i użył jej do stawienia czoła śmierci. Odszedł na własnych warunkach - dokładnie w taki sam sposób, w jaki żył.

A Wy jak wspominacie „Innuendo”?

Jakub Gańko
Tagi: Rock News Queen