13.02.2016 01:32

50 lat temu powstał heavy metal. Co trzeba wiedzieć o debiutanckim albumie Black Sabbath?

Dokładnie 13 lutego 1970 roku rozpoczął się zupełnie nowy rozdział w historii cięższej muzyki. Czym grupa z Ozzym Osbournem na czele zachwyciła świat?

50 lat temu powstał heavy metal. Co trzeba wiedzieć o debiutanckim albumie Black Sabbath?
foto: materiały prasowe

50 lat temu powstał heavy metal. Mówić o wpływie debiutu Black Sabbath na późniejsze zespoły rockowe i metalowe, to jak brać się za analizowanie następstw odkrycia koła dla rozwoju całej naszej cywilizacji. Rola pierwszej płyty Ozzy'ego Osbourne'a i spółki w historii ostrzejszych brzmień jest nie do przecenienia.

Z dzisiejszej perspektywy aż ciężko uwierzyć, że pierwotnie debiut Black Sabbath został wręcz zjechany przez większość krytyków. Kto by pomyślał, że mógł przez to kompletnie zginąć na rynku. Wyobrażacie sobie rzeczywistość, w której nie powstałyby kolejne płyty grupy - w tym „Paranoid” - Ozzy nie miałby incydentu z nietoperzem, ani nie doczekałby się serialu „The Osbournes”?

Na szczęście po czasie album zajął należyte mu miejsce w historii rocka i metalu. Jest stałym punktem wszelkiej maści zestawień najlepszych płyt wszech czasów. „Kerrang” umieścił go na 31. miejscu na liście 100 Najwybitniejszych albumów heavymetalowych wszech czasów. Z kolei w rankingu 500 Najlepszych albumów wszech czasów magazynu „Rolling Stone” uplasował się na pozycji 238. Ten sam periodyk uznał go za 44. najlepszy debiut w historii.

Poświęćcie dziś chwilę, odkurzcie pierwszy album Black Sabbath i razem z nami dajcie się zabrać nad źródła heavy metalu...

Mroczne rytuały

Andrzej Sapkowski pisał, że nigdy nie ma się drugiej okazji, żeby zrobić pierwsze wrażenie. Grupa Ozzy'ego Osbourne'a jej nie potrzebowała. Tytułowy utwór z „Black Sabbath” to doskonała wizytówka zarówno całej płyty, jak i zespołu, który ją nagrał. Grzmoty, deszcz, dzwony, cmentarna atmosfera - takie ikoniczne otwieracze zdarzają się raz na milion. Szczególnie, że tutaj wchodzi jeszcze posępny riff, który położył podwaliny pod cały przyszły doom metal.

Głos Ozzy'ego Osbourne'a też od początku był nie do podrobienia - a jeśli jeszcze wsłuchamy się w jego słowa, mówiące otwarcie o szatanie, który to odnalazł swojego nowego wybrańca... Nie ma się co dziwić, że 46 lat temu robiło to takie wrażenie, a dziś przecież niektóre środowiska wciąż uznają Ozzy'ego za zatwardziałego satanistę. O ile w przypadku samego tekstu można się zasłaniać fikcja literacką, tak już okoliczności jego powstania były cokolwiek... specyficzne.

Inspiracją do utworu były bowiem przeżycia Geezera Butlera, jeszcze za czasów Earth, kiedy to basista na poważnie wciągnął się w okultyzm. Przemalował swój pokój na czarno, wieszał obrazy szatana, a przy łóżku trzymał na honorowym miejscu książkę o czarownicach, którą dostał od Ozzy'ego. Pewnej nocy, po jej lekturze, przebudził się zaniepokojony tylko po to, by zobaczyć nad sobą ciemną sylwetkę. Ta co prawda zaraz zniknęła, ale trudno się dziwić, że pozostała w pamięci muzyka.

Kawałek został wydany na singlu w towarzystwie aż trzech innych kompozycji z albumu. Doczekał się nawet korespondującego z kultową okładką teledysku. Pamiętne zdjęcie przedstawia historyczny młyn wodny na Tamizie w wiosce Mapledurham w Oxfordshire w Anglii. Na jego tle stoi tajemnicza kobieta ubrana na czarno. Niestety, dziś już nikt nie pamięta personaliów modelki, aczkolwiek niektóre źródła wspominają imię Louise.

„Black Sabbath” wywołał spore kontrowersje, ale nie oszukujmy się: zespół sam je podsycał i nie chodziło tu tylko o mroczną symbolikę. Wewnątrz okładki winylowego albumu umieszczono odwrócony krzyż z bluźnierczym wierszem. Mało tego, amerykańskie wydanie krążka miało swoją premierę na specjalnej imprezie, na której obecny był sam... Anton Szandor LaVey - założyciel i najwyższy kapłan Kościoła Szatana.

Choć ciężko rozpatrywać ten numer w kategoriach przeboju, Tony Iommi i spółka wykonywali go prawie na każdym koncercie - nie było takiej trasy, na której by się nie pojawił. Odbił się też dużym echem na twórczości młodszych zespołów - dość wspomnieć, że scoverowały go takie grupy jak Type O Negative, Vader, LA Guns czy Iced Earth. Był inspiracją nawet dla hip-hopowców: Ice-T wsamplował go w swoim utworze „Shut Up, Be Happy” i dwa lata później w „Midnight”.

Czarodziej z „Władcy pierścieni”

Jednym z 3 utworów, które znalazły się na singlu „Black Sabbath”, był „The Wizard”. Ile razy byśmy nie wspominali o heavy i doom metalu, trzeba pamiętać, że był to dopiero początek lat siedemdziesiątych, a wszystko było jeszcze porządnie skąpane w bluesowej tradycji. Stąd też w kawałku tym znalazło się miejsce dla tak, zdawałoby się, niemetalowego instrumentu jak... harmonijka. Zagrał na niej sam Ozzy Osbourne.

Nietypowe brzmienie wprowadza w wyjątkowy nastrój, który też nie wziął się znikąd. Postać tytułowego czarodzieja - interpretowana często jako diler narkotykowy - inspirowana była samym Gandalfem z książek Tolkiena. Również wspomniane w pierwszym wersie „mgliste poranki” łatwo skojarzyć z Górami Mglistymi z „Hobbita”, przez które przedzierała się drużyna Thorina i w których mieszkał Gollum.

Jeszcze dziwniejszą kompozycją jest „Sleeping Village”. Wpierw wprowadza słuchacza w nastrój rodem z gotyckiego westernu - przede wszystkim przez charakterystyczny odgłos drumli. Na tle akustycznego intra Ozzy Osbourne posępnie przedstawia historię wioski, nad którą zawisło widmo kataklizmu. Ta część szybko jednak dobiega końca i nadchodzi katastrofa. Muzycznie ilustruje ją solówka Iommiego. Reszta utworu jest już tylko instrumentalna.

Zła kobieta

„Evil Woman” to jeden z dwóch coverów na „Black Sabbath”. Jego autorem jest bluesrockowy zespół Crow z Minneapolis - pełna wersja tytułu brzmiała „Evil Woman (Don’t Play Your Games With Me)”. Kawałek trafił na debiutancki album grupy i został wydany na singlu - dotarł do 19. miejsca na liście Billboardu. Pomijając oszczędniejszą aranżację, wersja grupy Ozzy'ego pozostała dość wierna oryginałowi, a jej bluesowy rytm jest tak samo czepliwy. Iommi przyznał po latach, że nagranie przeforsował menedżer - w innym wypadku w ogóle by nie powstało.

Co ciekawe, kawałek nie znalazł się na amerykańskim wydaniu krążka - Amerykanie musieli na niego czekać aż do 2002 roku i kompilacji „Symptom of the Universe: The Original Black Sabbath 1970-1978”. Warto zwrócić uwagę, że debiut Black Sabbath ukazał się w Stanach w nieco innej formie. Utwory były łączone ze sobą, znalazł się pośród nich również dodatkowy „Wicked World”. Reszta świata musiała dla niego sięgać po singiel „Evil Woman”.

Drugim coverem na debiucie grupy Ozzy'ego jest zamykający jej oryginalne wydanie „Warning”. Pierwotnie wykonywał je zespół The Aynsley Dunbar Retaliation. Z racji tego, że utwór nie był wówczas dostępny na żadnym wydawnictwie, wokalista prawdopodobnie oparł swoje wykonanie na wersji koncertowej i przez to... pomylił się w tekście. Tam, gdzie u Black Sabbath padają słowa „I was born without you, baby”, oryginalnie występował wers „I was warned about you, baby”. Ostatecznie jednak nowa wersja też ma sens.

N.I.B.y sukces

„N.I.B.” to prawdopodobnie najbardziej popularny utwór z pierwszej płyty czwórki z Birmingham obok tytułowego. Basowe intro Geezera Butlera (na amerykańskim wydaniu doczekało się nawet własnego tytułu: „Basically”) i charakterystyczna wyliczanka Ozzy'ego są nie do pomylenia. Aczkolwiek sama kompozycja wywołuje błyskawiczne skojarzenia z Cream (główny riff) i debiutem King Crimson (dramatyczny wokal).

Skąd taki dziwny tytuł? Amerykanie dopatrzyli się w nim głębszego sensu i rozwijali jako „Nativity in Black”, nawiązując do narodzin antychrysta. Szyld podłapano nawet na potrzeby serii albumów w hołdzie Black Sabbath. Jak przekonywał Geezer Butler, prawda jest jednak o wiele bardziej prozaiczna.

"

Pierwotnie nazwaliśmy ten kawałek „Nib” od brody Billa Warda. Kiedy go skomponowałem, nie miałem żadnego pomysłu na tytuł, więc zrobiłem to w ten sposób. Aby sprawiał wrażenie bardziej intrygującego, dodałem kropki. "

Tytuł mógłby sugerować, że utwór jest poniekąd żartobliwy, ale w rzeczywistości sytuacja przedstawia się zgoła inaczej. Ozzy wcielił się w nim w rolę samego Lucyfera, który pod wpływem zakochania pragnie kompletnie zmienić swoje dotychczasowe nastawienie do świata. Dzięki temu mamy wrażenie, że obcujemy z klasyczną piosenką miłosną, lecz jej ostateczny wydźwięk jest o wiele bardziej kontrowersyjny.

„Gówniana nekromancja”, „coś jak Cream, tylko gorzej”, „przydługie solówki na narkotykowym haju” - to zaledwie kilka cytatów z pierwszych recenzji „Black Sabbath”. Mimo kiepskich opinii recenzentów, płyta osiągnęła 8. miejsce na liście sprzedaży w Wielkiej Brytanii, a po amerykańskim wznowieniu w maju 1970 roku dotarła do 23. pozycji listy Billboardu, na której utrzymywała się przez ponad rok. Dodajmy, że w Europie ukazała się dokładnie w piątek trzynastego. Historia udowodniła, że diabli swego nie biorą.

A Wy jak wspominacie debiut Black Sabbath?

Jakub Gańko
Tagi: Rock News Black Sabbath