Album „Let’s Dance” Davida Bowiego ukazał się 35 lat temu [CIEKAWOSTKI]

Maciej Koprowicz
12.04.2018 17:56
Album „Let’s Dance” Davida Bowiego ukazał się 35 lat temu [CIEKAWOSTKI] Fot. kadr z wideo

14 kwietnia 1983 miał premierę najbardziej przebojowy album Davida Bowiego, który udowodnił, że rockowy kameleon czuł się swobodnie nawet jako artysta pop.

Niewielu artystów zmieniało swoje muzyczne oblicza tak często, jak David Bowie. W przypadku tego artysty za zmianą brzmienia zwykle szły również zmiany wizerunku. Metamorfozy Bowiego często były sygnałem do muzycznej rewolucji – muzyk zainspirował narodziny między innymi punk rocka, postpunka i new romantic. Ale jeden raz Brytyjczyk postanowił pójść z prądem i zamiast tworzyć nowe trendy, wpisał się w panującą modę. Był to ten raz, kiedy zechciał zostać gwiazdą popu i bożyszczem MTV.

15. album wokalisty, „Let’s Dance” był kolosalną zmianą w porównaniu do postpunkowo-noworomantycznego poprzednika, „Scary Monsters (And Super Creeps)” z 1980 roku. Bowie schował do szafy dziwaczny kostium pierrota, zmył makijaż, a zamiast tego przywdział modny garnitur. Także jego muzyka miała odtąd brzmieć na miarę szalonych lat 80. Eksperymenty zastąpiła popowa przebojowość i taneczność rodem z parkietów disco, podlane nostalgią za złotymi czasami rock’n’rolla.

Bowie zawsze potrafił wykorzystać wizualny aspekt twórczości, dlatego idealnie odnalazł się w świecie, w którym warunki dyktowała MTV. Teledyski do tytułowego „Let’s Dance” i „China Girl” odkryły Davida dla słuchaczy, dla których Ziggy Stardust czy berlińska trylogia były bajkami o żelaznym wilku.

David Bowie „Let’s Dance” - ciekawostki

Choć potem Bowie miał gorzko żałować swojego flirtu z popem, to wydany dokładnie 35 lat temu „Let’s Dance” zasłużenie należy do najpopularniejszych albumów artysty. Przypominamy garść ciekawostek o płycie, która ukazała się 14 kwietnia 1983.

No to foch

Producent Tony Visconti w latach 70. wspólnie z Bowiem odpowiadał za brzmienie należących do najbardziej eksperymentalnych, a przy tym najlepszych płyt wokalisty, z „Low” i „Heroes” na czele. Ponieważ tym razem David chciał bardziej tanecznej muzyki, zaangażował Nile’a Rodgersa, gitarzystę i lidera grupy Chic, jednej z największych gwiazd disco. Visconti poczuł się urażony, a jego foch na Bowiego trwał przez 19 lat – wrócili do współpracy dopiero w 2002 roku przy płycie „Heathen”.

Little Richard w cadillaku

Kiedy Rodgers spytał Davida, jakiego brzmienia na nowej płycie sobie życzy, ten pokazał mu zdjęcie muzycznej gwiazdy lat 50., Little Richarda, wchodzącego do czerwonego cadillaka. „To jest właśnie rock’n’roll” – dodał. Fotka mówiła więcej, niż tysiąc słów – chodziło o połączenie przebojowości i klimatu oldschoolowego rocka z popowym blichtrem. I chyba się udało. 

17 dni

Poprzednie płyty Davida w dużej mierze powstawały w trakcie sesji w studiu i zawierały znaczny element improwizacji. Tym razem sesje poprzedziły trzy dni nagrywania demówek. Cały proces nagrywania „Let’s Dance” trwał zaledwie 17 dni i skończył się 4 dni przed zaplanowanym terminem.

Nie zagram i koniec

„Let’s Dance” był pierwszym albumem Davida, na którym ograniczył się tylko do śpiewania i nie zagrał na żadnym instrumencie. „To album wokalisty”- mówił. Być może był to kolejny sposób, by na płycie oddać ducha staromodnego popu – dawniej rzeczywiście rzadkością było, by wokalista dostarczał jakieś partie instrumentalne.

Teksańska powódź

Bowie zawsze otaczał się słynnymi gitarzystami – na jego płytach grały takie sławy, jak Robert Fripp, Adrian Belew czy Carlos Alomar. Ale bywały one też trampoliną do sukcesu młodych zdolnych muzyków. „Let’s Dance” okazał się kamieniem milowym w karierze bluesowego gitarzysty z Teksasu, Steviego Raya Vaughana. Stevie i David poznali się w 1982 roku na Montreux Jazz Festival w Szwajcarii – do tego momentu gitarzysta niewiele wiedział o muzyce starszego kolegi. Amerykanin zagrał w 6 z 8 utworów z albumu „Let’s Dance”, w tym tytułowym i „China Girl”. Kilka miesięcy po premierze płyty wydał debiutancki solowy album „Texas Flood”, który uczynił z niego gwiazdę. Zmarły w 1990 roku Vaughan uznawany jest za jednego z najlepszych gitarzystów w historii rocka.

Inżynier Mamoń ma zawsze rację

W 1983 roku świat pokochał „China Girl”, ale prawdziwi fani Davida Bowiego doskonale znali ten utwór już od 6 lat – ze słynnego albumu Iggy’ego Popa, „The Idiot” z 1977 roku. „Idiotę” produkował przyjaciel lidera The Stooges, niejaki… David Bowie. Brytyjczyk był także współkompozytorem wszystkich zamieszczonych na płycie piosenek, więc miał wszelkie prawo wykorzystać „China Girl” na swojej płycie.  To nie jedyna przyjacielska pożyczka między tymi dwoma gwiazdami rocka. Na albumie Bowiego, „Tonight” z 1984 roku znalazł się utwór o tym samym tytule, oryginalnie pochodzący z płyty „Lust For Life” Popa – także owoc kompozytorskiej współpracy Anglika i Amerykanina. Z kolei na trzy lata późniejszy „Never Let Me Down” trafił inny utwór Iggy’ego, „Bang Bang” – tym razem jednak w jego powstaniu David nie maczał palców.

C.d. na następnej stronie.

Koci horror

Także piosenka „Cat People (Putting Out Fire)” nie do końca była premierowa. W 1982 roku Bowie skomponował ją z Giorgio Moroderem na potrzeby horroru „Ludzie koty” Paula Schradera. Wersja płytowa różniła się jednak od singlowej.

Kryminalny świat

Na płycie znalazł się również jeden stuprocentowy „cudzes”. Choć „Criminal World” brzmi jak utwór od początku do końca napisany przez Bowiego, w rzeczywistości to piosenka zespołu Metro z albumu „Metro” z 1977 roku.

Let’s box!

Dość zaskakująca dla fanów artysty mogła się wydawać okładka „Let’s Dance”. Bowie często prezentował się w mocno androgynicznych kostiumach czy makijażu. Tym razem postanowił ujawnić  jednak swoje oblicze maczo. Na froncie albumu widnieje zatem David w rękawicach bokserskich, sposobiący się do zadania ciosu, a także schematy pięściarskiej taktyki. Aby wypaść wiarygodnie, w okolicach nagrywania albumu muzyk przez kilka miesięcy brał lekcje boksu od teksańskiego trenera, Richarda Lorda. Warto wiedzieć, że Bowie już w młodości był entuzjastą tego sportu (choć zdecydowanie na to nie wyglądał).

David Collins czy Phil Bowie?

David Bowie w dziejach rocka zapisał się przede wszystkim jako innowator, eksperymentator i twórca wielu scenicznych kreacji. Jego przygoda z muzyką pop zaczęła się znakomicie, ale koniec końców nie okazała się udana. Swojego popowego okresu, który wyznaczały płyty „Let’s Dance”, „Tonight” i „Never Let Me Down” po latach Bowie nie cierpiał – nazywał go swoimi „latami Phila Collinsa”. Twierdził też, że sukces paradoksalnie wpędził go w depresję – miał wrażenie, że coraz bardziej alienuje się od swojej publiki. O fanach, których zdobył za sprawą hitowych singli, mówił z ironią: „Zastanawiam się, jak wielu z nich ma w swojej kolekcji płytę The Velvet Underground?”.

Miliony fanów nie mogły się mylić

David mógł sobie narzekać w drodze do banku. Z 11 milionami sprzedanych egzemplarzy na świecie (w tym milion w USA) „Let’s Dance” jest największym bestsellerem w karierze muzyka.

Bowie vs. Jackson

Album był różnie oceniany przez krytyków, spośród których nie wszyscy entuzjastycznie przyjęli przejście wokalisty na popową stronę mocy. Przyniósł za to Bowiemu pierwsze w karierze nominacje do Grammy Awards – dla albumu roku i za najlepsze męskie rockowe wykonanie wokalne (za „Cat People (Putting Out Fire)”). Niestety, w obu tych kategoriach lepszy okazał się Michael Jackson, który w 1984 roku odebrał statuetki za album „Thriller” i utwór „Beat It”.

Pod presją

Niektóre wydania albumu zawierają również wielki wspólny przebój Davida Bowiego i Queen, „Under Pressure”, który ukazał się na albumie tych drugich, „Hot Space” z 1982 roku. Oryginalnie nie był jednak przewidziany w programie „Let’s Dance”.

Maciej Koprowicz Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.