10.02.2016 16:45

AntyTeza: Danzig - Blackacidevil

Lata 90. to czas, kiedy nawet najbardziej gitarowi ortodoksi zachłysnęli się elektronicznymi eksperymentami. Na ogół wiązało się to ze złagodzeniem brzmienia. W przypadku Glenna Danziga - niekoniecznie.

AntyTeza: Danzig - Blackacidevil

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Ex-wokalista Misfits płynnie przeszedł z Samhain do projektu firmowanego własnym nazwiskiem dzięki wsparciu Ricka Rubina. Legendarny producent odegrał dużą rolę na pierwszych dwóch płytach Danziga, lecz „Danzig III: How the Gods Kill” wyprodukował już sam wokalista. Początkowe wsparcie przerodziło się w finansowy konflikt, co ostatecznie skończyło się zmianą wytwórni.

Nie był to jednak jedyny problem Mrocznego Elvisa w tamtym czasie. Po wydaniu czwartego albumu skład jego zespołu również zaczął się sypać. Wpierw z szeregów zniknął perkusista Chuck Biscuits. Zgodnie z relacją samego Danziga, muzyk miał coraz większe problemy z narkotykami (na które w jego zespole nigdy nie było przyzwolenia) i nawet próbował popełnić samobójstwo. W tamtych czasach krążyły plotki, że jego miejsce mógł zająć sam Dave Grohl, jednak odrzucił propozycję. Ostatecznie znalazł się na nim Joey Castillo.

W wakacje 1995 roku z grupą rozstali się John Christ i Eerie Von. Ten pierwszy dostał wilczy bilet od samego lidera, który uznał, że gitarzysta stoi w miejscu i nie jest w stanie zaproponować już nic świeżego. Von poszedł w jego ślady, ponieważ marzyła mu się kariera solowa. Już w 1996 roku wydał instrumentalny album „Uneasy Listening” z gościnnym udziałem Mike'a Morance'a.

Muzyk wielokrotnie podkreślał w późniejszych latach, że tak jak od początku planował nagrać siedem numerowanych krążków, tak też jego intencją były częste zmiany składu, aby zapobiec muzycznej stagnacji. Piąty album Danziga zdawałby się dowodzić tych słów. W zasadzie jedynym muzykiem, który towarzyszył wokaliście w jego nagraniach, był wspomniany Castillo. W programowaniu wspomógł go jeszcze tylko doświadczony autor soundtracków do horrorów, Joseph Bishara.

Na „Blackacidevil” pojawili się też gościnnie gitarzyści Mark Chaussee oraz znany z Alice in Chains Jerry Cantrell. Nie znaczy to jednak, że większość materiału na piątym albumie Danziga pozbawiona jest gitar. Wbrew obiegowej opinii Glenn wcale nie stworzył płyty techno, ani nie zapadł się w otchłań awangardowej elektroniki. Choć rzeczywiście pełno tu samplerów i syntetycznych beatów, można nawet zaryzykować stwierdzenie, że to jeszcze cięższy materiał niż jego poprzednik.

Przekonują o tym już pierwsze dwa utwory. Zarówno „7th House”, jak i „Blackacidevil” stanowią rzężącą siekę diabelskich sampli i piszczących dźwięków jadących na industrialnych loopach. Wokal Danziga nie ma już nic wspólnego z Elvisem, a bliżej mu do electro szatana. Wokalista przykrył swój głos trzeszczącymi efektami, ale pasuje to do ogólnego zdehumanizowanego charakteru muzyki.

Dopiero „See All You Were” - choć niepozbawiony industrialnej aury - prezentuje bardziej konwencjonalny charakter. To jeden z trzech kawałków, w których zagrał Jerry Cantrell, ale jego terkocząca gitara przypomina bardziej wiertarkę niż klasyczny instrument. Bardziej wyrazista jest już w „Come to Silver”, gdzie można nawet wyróżnić tradycyjne solówki. Nic dziwnego, utwór powstał jeszcze w trakcie sesji poprzedniej płyty z myślą o wykonaniu przez Johnny'ego Casha.

Żeby tego kuriozalnego towarzystwa dopełnić, Danzig do spóły z Cantrellem wzięli na warsztat „Hand of Doom” z repertuaru Black Sabbath. Śpiew jest w nim nawet jeszcze w miarę normalnie, ale zagęszczone industrialne brzmienie nie odbiega od reszty albumu. Warto odnotować, że wokalista specjalnie na potrzeby swojej interpretacji przygotował nowe słowa do utworu.

Jeśli szukamy najnormalniejszych momentów wokalnych na „Blackacidevil”, wyróżnia się całkiem przebojowy „Hint of Her Blood”, w którym gitarowa sieka zaledwie wypełnia tło. Bez wątpienia jednak najbardziej zapadającym w pamięć fragmentem jest singlowy „Sacrifice”. To istna industrialna dyskoteka w piekle. Danzig śpiewa tu bez efektów i całkiem melodyjnie, a towarzyszy mu taneczny podkład i gitary nie odstające od typowego industrialrockowego grania lat 90.

Na podobnej zasadzie zbudowano kawałek „Serpentia”, choć tutaj za samplowane loopy posłużyły przetworzone fragmenty jęków z filmów erotycznych. Jest tu jednak i gitarowy brud, i wkurzony krzyk Danziga, przechodzący w jego charakterystyczne zawodzenie.

Najmocniejszą kompozycję muzyk zatrzymał sobie na finał. „Ashes” rozpoczyna odgłos iście cmentarnych podmuchów wiatru, na tle których budzi się monotonny beat. Gdyby nie on, można by uznać ten utwór za klasyczną, mroczną balladę na fortepianie. To zdecydowanie najbardziej melodyjny fragment albumu, a głos Danziga jest tu pełen autentycznych emocji, których nie zagłuszają żadne przetworzenia.

W 2000 roku ukazała się reedycja albumu, na której znalazły się dodatkowe 3 utwory. Najciekawszy spośród nich do „Deeper” - nowa wersja kawałka nagranego pierwotnie na ścieżkę dźwiękową serialu „Z archiwum X” (informacja dla fanów: utwór został wykorzystany w 13. odcinku 3. sezonu). Porównując obie wersje, można dojść do ciekawych wniosków. Gdyby pierwotna z nich miała posłużyć za drogowskaz dla całego „Blackacidevil”, płyta z pewnością nie spotkałaby się z aż taką krytyką.

Tymczasem kształt, w jakim ją ostatecznie otrzymaliśmy, też nie zasługiwał na tak powszechne wyklęcie - choć nie jest ono zupełnie niezrozumiałe. To materiał ewidentnie eksperymentalny i potrzeba odpowiedniego podejścia, aby należycie go docenić. Danzigowi udało się stworzyć wyjątkową, piekielną atmosferę. Wystarczy posłuchać tego krążka w nocy, by dać się wciągnąć jego schizofrenicznemu klimatowi.

Nawet jednak jeśli dla kogoś przedstawione tu dźwięki są kakofonią nie do zniesienia, jest tu przynajmniej kilka utworów, które spokojnie trafią i w mniej wytrzymałe ucho. „Blackacidevil” to podobny przejaw industrialnej dehumanizacji, co „The Butterfly Effect” zespołu Moonspell - którym notabene też się pewnie kiedyś w tym cyklu zajmiemy...

A Wy co sądzicie o piątym krążku Danziga?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Danzig AntyTeza