01.03.2016 16:08

AntyTeza: Red Hot Chili Peppers - One Hot Minute

Jak poradzić sobie w sytuacji, kiedy sukces zaczął nas przerastać? W dzisiejszym odcinku AntyTezy pokażemy kolejne z możliwych rozwiązań na przykładzie najbardziej kontrowersyjnego albumu Kalifornijczyków.

AntyTeza: Red Hot Chili Peppers - One Hot Minute
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

1991 rok był dla Red Hot Chili Peppers prawdziwym przełomem. Choć każda kolejna płyta zespołu radziła sobie lepiej od poprzedniej i powiększała zasięg jego działalności w głównym nurcie, przeskok z „zaledwie” platynowego „Mother's Milk” na pokryte w samych Stanach Zjednoczonych siedmiokrotną platyną „Blood Sugar Sex Magik” był wręcz niewyobrażalny.

Piąta płyta zrezygnowała z mieszania funku z heavymetalowymi riffami, które na poprzednim albumie tak forsował jego producent, Michael Beinhorn. Przy „Blood Sugar Sex Magik” nie było już problemu z jego ciągłymi kłótniami z Johnem Frusciante - krążek związał muzyków na wiele lat z Rickiem Rubinem, co również miało kolosalny wpływ na jego brzmienie.

Przede wszystkim jednak to właśnie tu znalazł się największy przebój Red Hotów, symbol alternatywnego grania pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych i do dziś grany przez wiele stacji radiowych „Under the Bridge”. To ten kawałek wywindował muzyków na szczyt mainstreamu i zaważył na sukcesie albumu, który rozszedł się na całym świecie w nakładzie ponad 13 milionów egzemplarzy.

Jednak tam, gdzie pojawia się oszałamiający sukces, często trzeba się liczyć z ofiarami. W przypadku Red Hot Chili Peppers rola ta przypadła w udziale Johnowi Frusciante. Gitarzysta nie potrafił sobie poradzić ze sławą i wcale nie był z niej zadowolony. W efekcie ciągle kłócił się z kolegami z zespołu, a nawet z premedytacją kładł ich koncerty. Dodatkowo życie komplikował mu heroinowy nałóg, w którym coraz bardziej się pogrążał.

Muzyk ostatecznie opuścił szeregi zespołu w 1992 w trakcie japońskiej części trasy koncertowej. Zaszył się w swoim domu w Kalifornii, odciął od kontaktów ze światem zewnętrznym, a kolegów zostawił w kłopotliwej sytuacji: u szczytu kariery, w środku trasy, bez gitarzysty. Zszokowani Red Hoci dokończyli trasę z Arikiem Marshallem, ale na dalszą przyszłość nie mieli większego pomysłu.

Zdesperowana kapela spędziła kilka miesięcy na poszukiwaniu nowego gitarzysty. Jak wspomina Anthony Kiedis, przesłuchania od początku wydawały się stratą czasu. Z pomocą przyszedł Chad Smith, który zasugerował Dave'a Navarro. Gitarzysta Jane's Addiction zyskał powszechne uznanie za sprawą 3 płyt grupy, a po rozpadzie zespołu Perry'ego Farrella zabiegał o niego nawet sam Axl Rose.

Gitarzysta był jednak zajęty własnymi projektami, mimo to we wrześniu 1993 roku zgodził się dołączyć do Red Hot Chili Peppers i zadebiutował z nim na scenie niespełna rok później w trakcie pamiętnego festiwalu Woodstock '94. W tym samym czasie muzycy wchodzili już do The Sound Factory, by pracować nad następcą „Blood Sugar Sex Magik”. Od początku było jasne, że Navarro istotnie wpłynie na zmianę brzmienia, ale i sam muzyk był mocno zdziwiony metodami pracy nowych kolegów...

Trzeba jednak przyznać, że „One Hot Minute” powstawał w naprawdę niekorzystnym dla nich czasie. Kiedis od początku miał problemy z głosem, ponieważ po pięciu latach wrócił do narkotyków. W studiu panowała napięta atmosfera, którą pogarszały tylko ciągłe opóźnienia, a utrata przyjaciela odbiła się na morale muzyków. W takich warunkach mogła powstać albo genialna płyta, albo zupełny gniot. Do dziś fani zespołu nie mogą się zdecydować, którą z nich otrzymali.

Wszystkie te złe emocje są od razu słyszalne na krążku. Kiedis śpiewa w zniekształcony sposób i wreszcie o czymś innym niż seks i ciągłe ćpanie. Może dlatego, że w napisaniu tekstów wspomagał go Flea, którego mamy nawet okazję usłyszeć przed mikrofonem. Z kolei Chad Smith bębni na tej płycie z większym uczuciem niż kiedykolwiek wcześniej lub później. W efekcie powstał mroczny, niezwykle osobisty album, który nie ma nic wspólnego z niekończącą się zabawą kojarzoną dotąd z Red Hotami.

O niespodziewanej zmianie klimatu przekonywał już singlowy „My Friends”. „Moi przyjaciele są tak zdołowani” - rozpoczyna utwór wokalista, choć równie dobrze mógłby powiedzieć to o swoich słuchaczach. Akustyczna ballada sama w sobie jest piękna, ale gdy zdamy sobie sprawę, że muzyk ma tak naprawdę na myśli wszystkich swoich kolegów z zespołu, którzy znaleźli się nagle w nieciekawych sytuacjach, można dojść do wniosku, że to najsmutniejszy utwór w całym dorobku Red Hotów.

Choć w najlepiej kojarzonym z tego albumu singlu „Aeroplane” nie brakuje typowo funkowych rytmów, wciąż ciężko go rozpatrywać jako typowy przebój tego zespołu. Szczególnie kiedy wczytamy się w tekst, gdzie Kiedis rozprawia się z własnymi, narkotykowymi demonami i szczerze przyznaje, że jego przyjemności zawsze wiążą się z bólem. Jedyne, co pozwoliło mu przetrwać, to muzyka. Cały utwór był inspirowany gospelową pieśnią „Jesus Is My Air-O-Plane” z lat 30. XX wieku.

Kontrowersyjny „Warped” nadaje ton całemu krążkowi, będąc wielowątkową kompozycją z psychodelicznym wstępem, energiczną zwrotką i spokojnym, akustycznym zwieńczeniem po gitarowo-perkusyjnej dawce łojenia. Utwór oddaje stan, w jakim znalazł się wokalista po powrocie do nałogu i był jego rozpaczliwym krzykiem o pomoc. Jak przyznawał po latach, nikt nawet nie podejrzewał, że po pięciu latach odwyku znów bierze narkotyki.

Teledysk do kawałka wyreżyserował szwagier Flea, Gavin Bowden. Szalone wideo obfituje w wiele zwariowanych akcji półnagich muzyków grających wewnątrz drewnianej klatki, najbardziej jednak popisali się wokalista i nowy gitarzysta grupy. Anthony Kiedis w finale całuje Dave'a Navarro, co było powodem, dla którego wytwórnia początkowo w ogóle nie chciała wypuścić tego klipu.

Szalonych momentów jest na „One Hot Minute” zdecydowanie więcej. Jeszcze bardziej rozbudowany niż „Warped” jest „One Big Mob”, który z bardziej odjechanej wersji „Give It Away” zmienia się nagle w cichą psychodelię, na tle której słuchamy przetworzonego wokalu Kiedisa i dziecięcego krzyku, tworzącego abstrakcyjną atmosferę nagrania. Pod koniec wracamy oczywiście do energiczniejszego, skandowanego motywu.

„Coffee Shop” to wyjęczana kakofonia, która zapada w pamięć dzięki nawiązaniu do Iggy'ego Popa, a w Niemczech została nawet wydana na singlu. W konkursie na najdziwniejszy utwór wygrywa jednak zaśpiewany przez Flea „Pea”. To akustyczna miniatura pełna bluzgów - zresztą sami zobaczcie:

"

Jestem małym groszkiem
Kocham niebo i drzewa
Jestem małą, tycią mróweczką
Badającą to i owo
(...)
Pie*dol się, debilu
Ty homofobie, ku*asie ze wsi
Taki twardy i wielki macho
Możesz skopać mi dupę
I co, kur*wa? "

...tyle w kwestiach eksperymentów Flea z poezją (o wiele lepiej wypadł również skomponowany przez niego zamykacz albumu, „Transcending”). Dla odmiany „Tearjerker” to autentyczne i przejmujące świadectwo reakcji na śmierć przyjaciela. Anthony Kiedis napisał tekst tej ballady zaraz po tym, jak dowiedział się o samobójstwie Kurta Cobaina. Muzycy zaprzyjaźnili się w trakcie wspólnej trasy Red Hot Chili Peppers i Nirvany w 1991 roku.

Dotychczasowi fani zespołu mogli czuć się w tym zestawie zagubieni, aczkolwiek to wcale nie tak, że nie ma na „One Hot Minute” żadnych bardziej konwencjonalnych momentów w jego stylu. Do takich można z pewnością zaliczyć funkowy - choć też flirtujący z bossa novą - „Walkabout”. Dawnego ducha czuć również w rytmie „Falling into Grace”. Z drugiej strony eksperymentów jest tu naprawdę od groma - w tytułowym utworze słychać nawet grunge'ową inspirację...

„One Hot Minute” dotarł do 4. miejsca na liście Billboardu, co dla zespołu pokroju Red Hot Chili Peppers było rozczarowującym wynikiem. Zwłaszcza po sukcesie poprzedniego albumu, który w ogólnym rozrachunku sprzedał się ponad dwa razy lepiej i zebrał o wiele przychylniejsze recenzje. Krytycy zarzucali grupie zagubienie, brak pomysłów na przebojowe melodie i bezbarwne kompozycje. Krytykowali też hipisowski sentymentalizm i płytką filozofię całości.

Płyta podzieliła też fanów Red Hotów, którzy do dziś często uznają ją za najsłabszą w ich dyskografii. Z drugiej strony, nie brakuje ludzi, którzy z całego ich dorobku lubią wyłącznie ten album. Sami muzycy przez lata nie wykonywali żadnych utworów z tej płyty (wyłączając „Pea”) - dopiero na początku lutego 2016 roku wykonali po 19 latach „Aeroplane”. W tym samym czasie wypłynął nieznany wcześniej utwór „Circle of the Noose”.

„One Hot Minute” to krążek, który musiał powstać w określonych okolicznościach i w określonym składzie - kontynuacja przygody z Navarro nie miała szans powodzenia. Zespół wkrótce po niej połączył na nowo siły z Johnem Frusciante, by wrócić na szczyty list przebojów krążkiem „Californication”, i pewnie dobrze się stało. Warto jednak mieć w pamięci ten nietypowy eksperyment i trzymać na specjalne okazje jako odskocznię od pozostałych płyt Red Hot Chili Peppers.

A według Was „One Hot Minute” to udany krążek?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele Red Hot Chili Peppers AntyTeza