01.12.2015 15:48

AntyTeza: U2 - Pop

U2 to zespół, który pokazał jak mało kto, do jakiego stopnia można wywrócić swój styl na drugą stronę. O ile jego eksperymenty początkowo zbierały entuzjastyczne opinie, tak w pewnym momencie fani uznali, że tego już za wiele...

AntyTeza: U2 - Pop
foto: materiały prasowe

AntyTeza to cykl, w którym prezentujemy kontrowersyjne płyty znanych i cenionych artystów. Po latach można na nie spojrzeć w nowym świetle, z szerszej perspektywy, bez niesprzyjających okoliczności. Czy to naprawdę nieudane albumy? Postaramy się przyjrzeć problemowi z różnych stron i sprzeciwić utartym tezom.

Historia rocka nieraz już udowodniła, że najlepszy sposób, aby przeskoczyć swoje największe arcydzieło, to obrać następnym razem zupełnie inną drogę. Dokładnie to zrobił zespół U2 po wydaniu przełomowego „The Joshua Tree” (pomińmy specyficzne wydawnictwo „Rattle and Hum”). Na płycie „Achtung Baby” grupa wymyśliła siebie zupełnie na nowo.

Duża w tym zasługa producentów Daniela Lanois i Briana Eno. Cięższe, podbudowane industrialną elektroniką brzmienie pasowało do mroczniejszego oblicza muzyków. Część materiału została zarejestrowana w słynnej niemieckiej Hansie, co też odcisnęło swoje piętno. To w tym miejscu powstała trylogia berlińska Bowiego oraz najmroczniejsze albumy Depeche Mode i Killing Joke.

Charakter „Achtung Baby” zaważył na całym kierunku, jaki Bono i spółka obrali w latach dziewięćdziesiątych. Na albumie „Zooropa” muzycy poszli jeszcze odważniej w taneczną stronę - wizytówkę tej stylistyki mógł stanowić singlowy „Numb”. Warto zwrócić uwagę na ten utwór, ponieważ powstał on jeszcze w trakcie sesji do poprzedniej płyty. Nosił wówczas roboczy tytuł „Down All the Days”, zespół jednak ciągle był z niego niezadowolony.

Osobą, która doprowadziła go do ostatecznego kształtu z „Zooropy”, był Mark Ellis. Dźwiękowiec - znany szerzej pod pseudonimem Flood - pracował nad „The Joshua Tree” i „Achtung Baby” jako inżynier dźwięku, przy następnym albumie był już współproducentem. Przy kolejnym krążku U2 awansował na stanowisko pełnowymiarowego producenta.

CV Flooda obejmuje wiele sław industrialu i szeroko pojętej nowej fali: od New Order i Depeche Mode po Ministry i Nine Inch Nails. Krótko mówiąc: to człowiek stworzony do ciągłych poszukiwań. A o tym, że U2 ciągle było mało eksperymentów, przekonywał poboczny projekt Passengers oraz singiel „Hold Me, Thrill Me, Kiss Me, Kill Me” ze ścieżki dźwiękowej filmu „Batman Forever”.

Nowemu materiałowi przyklejono etykietkę „Pop”, ale bardziej pasuje ona do myśli przewodniej tekstów niż charakteru jego brzmienia. Utwory „Miami” i „The Playboy Mansion” stanowią otwartą krytykę konsumpcjonizmu i gwiazdorskiego stylu życia - mowa w nich o Big Macach i Coca-Coli. Temat miał swoją kontynuację na trasie PopMart. Zespół używał wówczas sceny z charakterystycznym, żółtym łukiem.

Sama muzyka mogła uchodzić za w jakikolwiek sposób popową jedynie w latach dziewięćdziesiątych. To przede wszystkim popis agresywnej elektroniki opartej na połamanych rytmach, efektach gitarowych i gęstym samplingu. Eksperyment pełną gębą - wystarczy posłuchać singlowego „Discothèque”. Daleko temu do dyskotekowej sieki, a przecież w solówce Edge'a mamy do czynienia z tą samą przestrzenią, którą zasłynął irlandzki kwartet.

„Mofo” można odczytywać jako odważniejszą kontynuację „Numb”, choć mantrowość zastąpił tu trans. To dwa zdecydowanie najbliższe stylistyce techno momenty płyty. To wcale nie tak, że „Pop” to album wymierzony w dyskoteki. Najmocniej przekonuje o tym ascetyczna ballada „If God Will Send His Angels”. Choć dla miłośników konwencjonalnego U2 może to być jeden z faworytów, w kontekście całego materiału wręcz odstaje od reszty.

Mając w singlowym asortymencie urokliwy i zarazem przebojowy „Staring at the Sun”, ciężko zrozumieć kiepską sprzedaż całego albumu. Szczególnie, że utwór doskonale plasuje się pomiędzy britpopowymi szlagierami Oasis czy Blur, które święciły wówczas triumfy na listach przebojów.

Z drugiej strony ciężko zarzucać U2, że w okresie „Pop” podążał za modami i kierował się względami komercyjnymi. „Please” w dalszym ciągu porusza charakterystyczną dla grupy, niełatwą tematykę. Utwór mówiący o konflikcie w Irlandii Północnej można rozpatrywać jako swoistą kontynuację „Sunday Bloody Sunday” - tyle że z charakterystycznym brzmieniem syntezatora modularnego ARP 2600.

Już „Love Is Blindness” czy „The Wanderer” z gościnnym udziałem Johnny'ego Casha przekonywały, że U2 doskonale wie, jak kończyć swoje płyty w wielkim stylu. Na „Pop” przeszedł jednak samego siebie. „Wake Up Dead Man” to jeden z najmroczniejszych i najbardziej poruszających utworów w karierze zespołu. Wystarczy spojrzeć w tekst - rzadki przypadek, kiedy Bono użył przekleństwa:

"

Jesus, Jesus help me
I'm alone in this world
And a fucked-up world it is too

Tell me, tell me the story
The one about eternity
And the way it's all gonna be

Wake up, wake up dead man
Wake up, wake up dead man "

Biorąc pod uwagę, że zespół do ostatniej chwili pracował nad materiałem i szlifował jego ostateczne brzmienie, „Pop” brzmi zaskakująco spójnie. O wiele poważniejszą oznaką niezdecydowania jest to, co działo się z nim w późniejszych latach. Utwory doczekały się licznych remiksów i nagranych na nowo wersji, m.in. na składance „The Best of 1990–2000”.

„Pop” to zarazem ostatnia płyta U2, którą można posądzać o świeżość. To ostatnia chwila, kiedy Bono i spółka kontynuowali eksperymenty lat dziewięćdziesiątych. Album „All That You Can't Leave Behind” nie miał już problemów na listach sprzedaży, ale zapowiadał powrót do starej, sprawdzonej stylistyki, który trwa praktycznie do dziś.

A jak Wy wspominacie „Pop”?

Jakub Gańko
Tagi: Duperele U2 AntyTeza