29.12.2016 12:06

Chris Cornell: W grunge'u chodziło o wymyślanie czegoś nowego

Zawsze fascynowało Was brzmienie sceny z Seattle? Poznajcie kulisy jego genezy z pierwszej ręki...

Chris Cornell: W grunge'u chodziło o wymyślanie czegoś nowego
foto: Mike Gray / East News

W 2016 roku obchodzimy nieoficjalnie ćwierćwiecze grunge'u. Choć oczywiście sama scena rodziła się już wcześniej, a nawet sama Nirvana zaczynała w 1987 roku, to dopiero 1991 rok był prawdziwie przełomowy i dzięki niemu świat usłyszał o muzyce, która przyniosła ze sobą nową rockową rewolucję.

To właśnie wtedy ukazały się „Ten” Pearl Jam, „Nevermind” Nirvany oraz „Badmotorfinger” Soudgarden. Teraz o tym, jak rodziło się słynne brzmienie sceny z Seattle, wypowiedział się wokalista ostatniej z grup, Chris Cornell. Muzyk wyjawił, że od początku jego zespół chciał brać czynny udział w formowaniu się nowej postpunkowej sceny niezależnej kreowanej przez kapele z Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

"

Pamiętam pierwsze tygodnie, kiedy razem z Kimem i Hiro komponowaliśmy nasze kawałki. To była jedna z tych sytuacji, jakie przeżywają nowe zespoły: stworzyliśmy 10-15 numerów w zaledwie kilka tygodni, naprawdę szybko. Wiedziałem, jakie brzmienie może osiągnąć nasza trójka i że to nasza własna tożsamość, nie brzmieliśmy jak nikt inny. To był dla nas moment prawdziwej euforii, wymyślaliśmy coś swojego. O to wtedy chodziło. "

Cornell przyznaje, że miał takie poczucie odnośnie całej ówczesnej sceny muzycznej w Seattle. Choć były wcześniej takie zespoły jak Blackouts czy U-Men, które sam uwielbiał, wszystkim zależało na kreowaniu własnego brzmienia i nowej oryginalnej jakości. W ten sposób tłumaczy, czemu cała Wielka Czwórka Grunge'u stworzyła w podobny sposób charakterystyczny styl.

"

Wydaje mi się, że na tej scenie działo się o wiele więcej niż dziś wydaje się większości ludzi. Stała się znana przede wszystkim ze względu na cztery zespoły: Pearl Jam, Nirvanę, Soundgarden i Alice in Chains. To wszystko ciężkie gitarowe brzmienia. Jest też znana z tego, że pominęła więcej tego, co się w niej wtedy znajdowało. "

Muzyk Soundgarden przyznaje, że ani on, ani jego koledzy nie zastanawiali się wtedy nad tym, czy przypadkiem podobne zjawiska nie zachodzą w każdym innym mieście w Stanach Zjednoczonych. Z niepowtarzalności grunge'u zdali sobie sprawę dopiero na trasie koncertowej. Jeśli zaś chodzi o zapomniane zespoły, które dowodzą, o ile więcej się wtedy działo, ma pewien konkretny przykład.

"

Zawsze wydawało mi się, że Feast jest doskonałym dowodem na to, ile się wtedy działo. Początkowo dzielił się w zespole stanowiskiem wokalisty między typem a typiarą, a kiedy typ nie śpiewał, łapał za saksofon i grał freejazzowe rzeczy na tle tych potężnych riffów. Było w tym coś, co sprawiało, że wydawało mi się, iż na naszej scenie jest odrobina absolutnie wszystkiego. "

A co według Was świadczy najmocniej o niepowtarzalności grunge'u?

Jakub Gańko
Tagi: Rock News Chris Cornell