12.01.2016 12:37

David Bowie planował kontynuację płyty „Outside”

Szalenie ambitny cykl „Outside” miał składać się pierwotnie z aż pięciu albumów. Bowie wydał jednak tylko część pierwszą. Czy były szanse na kolejne?

David Bowie planował kontynuację płyty „Outside”
foto: materiały prasowe

Początek lat dziewięćdziesiątych to powolny start artystycznego renesansu solowej kariery Ziggy'ego Stardusta. Muzyk zakończył działalność hardrockowego zespołu Tin Machine i w 1993 roku wydał pierwszy od sześciu lat album podpisany swoim nazwiskiem. „Black Tie White Noise” przyniósł niezwykle pozytywny materiał, nagrany pod wpływem ślubu Bowiego z supermodelką Iman Abdulmajid.

Na płycie po raz ostatni pojawił się Mick Ronson, współpracujący z wokalistą w latach 70. i kojarzony przede wszystkim z kultowym „The Rise and Fall of Ziggy Stardust and the Spiders from Mars”. Gitarzysta zmarł trzy tygodnie po jej premierze. Producentem „Black Tie White Noise” był Nile Rodgers, z którym Bowie nagrał swój największy komercyjny przebój, „Let's Dance”. Album z 1993 roku nie powtórzył tego oszałamiającego sukcesu, ale również nieźle radził sobie na listach sprzedaży i przyniósł przebój „Jump They Say”.

Po nagraniu albumu Thin White Duke rozważał przez chwilę trzecią płytę Tin Machine, ostatecznie jednak poświęcił się ścieżce dźwiękowej do telewizyjnego serialu „The Buddha of Suburbia”. To ostatni krok na drodze, którą artysta pokonał do płyty „1. Outside”. Już na wspomnianym soundtracku pojawiły się ambientowe kompozycje, przywodzące na myśl słynny okres berliński w twórczości Bowiego. Nie pozostało nic innego, jak wykonać telefon do Briana Eno.

Z tym nie było problemu, bo muzycy odnowili już kontakt na ślubie Bowiego, gdzie wymienili się ostatnimi muzycznymi inspiracjami i spostrzeżeniami. Na początku 1994 roku panowie umówili się na wizytę w szpitalu psychiatrycznym Marii Gugging w Wiedniu. Placówka ta słynie do dziś ze swoich niekonwencjonalnych terapii, zachęcających pacjentów do działań artystycznych. Muzycy zabrali kilka takich dzieł sztuki do studia.

Tym samym rozpoczęły się pierwsze improwizowane sesje nagraniowe nowego materiału. Z początku przypominały one bardziej prace nad książką niż płytą, gdyż muzycy układali przede wszystkim historie. Magazyn „Q” poprosił wówczas Bowiego, by przygotował dziennik ze studia, artysta jednak stwierdził, że o wiele ciekawsze będzie ubranie takiej relacji w artystyczne szaty. Tak narodziły się „Dzienniki Nathana Adlera”.

Dziennik, który miał obejmować 10 dni spędzonych w studiu, stał się tym samym rozbudowaną historią science fiction. Bowie nakreślił w niej dystopijną rzeczywistość 1999 roku, gdzie brutalne morderstwa stanowią jedną z dziedzin sztuki. Jednak każde z nich musi być uprzednio zbadane i zaakceptowane jako jej dzieło.
Jednym z takich specjalistów jest właśnie detektyw Nathan Adler, który w „Outside” bada morderstwo czternastoletniej dziewczynki Baby Grace. W trakcie śledztwa napotyka wiele podejrzanych indywiduów, takich jak Ramona Stone, Minotaur czy Algeria Touchshriek. Akcja utworów rozgrywa się pod koniec 1999 roku, lecz dołączone do płyty opowiadanie odwołuje się też m.in. do lat 70. XX wieku.

Przy tworzeniu tekstów składających się na tę futurystyczną opowieść, Bowie korzystał z programów komputerowych, które pomagały mu stworzyć z nich niemalże dadaistyczne kolaże. Dzięki temu słowa utworów stawały się jeszcze bardziej niejasne i przepełnione enigmatyczną symboliką. Wszystko to miało w jego założeniu oddawać nastrój końca wieku i poprowadzić - na przestrzeni wydawanych rokrocznie kolejnych części cyklu - w nowe millennium.

"

To jak dziennik wewnątrz dziennika. To nie narracja i moja opowieść są prawdziwą treścią - ją tworzą tak naprawdę wszystkie miejsca niedopowiedzenia. Odczuwam fin de siècle jako symboliczny rytuał poświęcenia. Jako pewne zboczenie, pogańskie życzenie zaspokojenia bogów, abyśmy mogli ruszyć dalej. "

Bowie zdawał sobie sprawę z duchowej pustki, którą pod koniec wieku ludzkość próbowała zaspokoić resztkami pozostałymi jej po pradawnych wierzeniach i rytuałach. Dlatego też „Outside” przepełniony jest indiańską symboliką i elementami etnicznymi. Zaproszonym do współpracy muzykom kazał zaś grać jak „niezadowolonym członkom zespołu rockowego z Południowej Afryki”. Album w naturalny sposób wpisał się w modne w latach 90. XX wieku nastroje New Age.

"

Jednym z tematów „Outside” są te nowe pogańskie wierzenia i poszukiwania duchowego życia, które są ostatnio w modzie. Wszystko przez to, jak zniszczyliśmy ideę Boga przez ten cały triumwirat z początku wieku, Nietzschego, Einsteina i Freuda. Teoria względności, Bóg jest martwy, nasze wnętrze składa się z wielu osobowości... Wow, dokąd my, ku*wa, zmierzamy? "

Do dekadenckiego charakteru całości doskonale pasowała oparta w większości na improwizacjach muzyka. Pośród mrocznych, ambientowych kompozycji pełnych przetworzonych wokali i najdziwniejszych sampli, Bowie zaprezentował całą kolekcję bardziej konwencjonalnych utworów. Utrzymane one były w zyskującej wówczas na popularności stylistyce rocka industrialnego.

Industrial wkroczył w latach dziewięćdziesiątych na mainstreamowe salony przede wszystkim za sprawą płyt „Psalm 69” Ministry i „The Downward Spiral” Nine Inch Nails. Jednak żaden z ich licznych naśladowców - Filter, Stabbing Westward czy Gravity Kills - nie zaprezentował dzieła choć w połowie tak rozbudowanego jak „Outside”. Zarzuty o kopiowanie Nine Inch Nails Bowie odpierał powołując się na zupełnie inne źródło inspiracji:

"

Zespół, który faktycznie zrobił na mnie wtedy duże wrażenie, to trzech gości ze Szwajcarii zwących się The Young Gods. Poznałem ich zanim w ogóle dowiedziałem się o Nine Inch Nails. "

Co ciekawe, wydana trzy miesiące przed concept albumem Ziggy'ego Stardusta płyta „Only Heaven” The Young Gods rozpoczyna się od utworu zatytułowanego... „Outside”.

Choć trzy single promujące album radziły sobie całkiem nieźle na listach przebojów, a ambitna koncepcja cyklu została doceniona przez krytyków, płyta nie była wielkim komercyjnym sukcesem. Sam Bowie przyznawał, że album wyszedł mu nieco za długi (niektóre edycje pomijały większość przerywników i eksperymentalnych kawałków), przez co od początku miał problemy z jego wydaniem.

"

Gdy prowadziliśmy nagrania z Brianem Eno, nikt nie był zainteresowany tym materiałem. Cały rok szukaliśmy wydawcy, który podjąłby się dystrybucji „Outside” w Stanach Zjednoczonych. Kiedy taki się wreszcie znalazł, ja już zaczynałem pracować nad „Earthling”. "

Te słowa miały tłumaczyć, czemu zaraz po pierwszej części cyklu nie otrzymaliśmy zapowiadanego już wywiadach „2. Contamination”. Jednak po industrialno-tanecznym „Earthling” dostaliśmy wyciszone „...hours”. A potem „Heathen” i „Reality”. W recenzji tego ostatniego na łamach magazynu „Teraz Rock”, Wiesław Weiss w dobitnych słowach podsumował całą sytuację.

"

Kilka lat temu David Bowie wystawił siebie na giełdę. Tym samym przekreślił się jako artystę, bo jego muzyka stała się już tylko towarem, który musi przynosić określone dywidendy, aby nabywcy akcji nie czuli się zawiedzeni. Dlatego na przykład nie został ukończony niezwykle ambitnie pomyślany, absolutnie niekomercyjny cykl „Outside” - z planowanych pięciu albumów powstał tylko jeden. "

Nie da się ukryć, że wspomniane wyżej wydawnictwa miały bardzo zachowawczy charakter, co tym bardziej świadczyło o tym, że artysta zraził się do awangardowych eksperymentów i cały projekt „Outside” umarł śmiercią naturalną. Jednak nim to nastąpiło, temat powracał wielokrotnie w wywiadach na przestrzeni lat dziewięćdziesiątych.

Pod koniec 1996 roku David Bowie zredukował zaplanowaną pierwotnie na 5 krążków sagę do trylogii. Jego zeznania odnośnie „2. Contamination” zmieniały się na przestrzeni upływających miesięcy. Wpierw nowy materiał miał powstać tylko i wyłącznie z udziałem Briana Eno, ponieważ projekt wydawał mu się zbyt awangardowy, by obarczać nim jego ówczesny zespół.

Innym razem artysta chwalił się, że w nagraniach biorą udział Trent Reznor oraz brytyjski DJ Goldie, jeden z ojców drum'n'bassu. Kolejne części miały też opierać się na przeszło 24 godzinach nagrań, jakie pozostały muzykom z poprzednich sesji. To właśnie ich ogrom miał tłumaczyć ciągłe opóźnienia w pracach.

Głównymi bohaterami „2. Contamination” byliby Nathan Adler i Leon Blank. Fabuła miała przenosić nas do XVII wieku na pokład indonezyjskiego statku pirackiego płynącego do Afryki. Jak Bowie tłumaczył tytuł drugiej części cyklu?

"

Fabuła albumu będzie obracać się wokół nieuleczalnych chorób z tak zwanej „gorącej strefy” - takich jak ebola, AIDS czy nowa, nieuleczalna odmiana gruźlicy. To są dziś nasi najwięksi wrogowie. "

W internecie krążyła już nawet tracklista wydawnictwa, nigdy jednak nie zweryfikowano jej autentyczności.

Tracklista:

  1. Segue - A Brief Inquisition (0:45)
  2. Contamination (5:13)
  3. Ebola Jazz (4:28)
  4. A Fragmented Line (2:06)
  5. The Hive Of No Desire (5:33)
  6. Segue - The Mad Ramblings of Long Beard (1:15)
  7. Ill Refute (5:06)
  8. A Tribe From The Ghost Plains (4:33)
  9. Drawing A Blank (3:48)
  10. Mausoleum (4:25)
  11. Serengeti Song (7:34)
  12. Segue - The Fever Is Still (0:32)
  13. Dream Child (5:52)
  14. Crazed In The Hot-Zone (4:51)
  15. Wiredlife (3:03)
  16. Verona No More (3:55)
  17. The Only Part Of My Days (4:43)

O trzeciej części cyklu wiadomo było tylko tyle, że prawdopodobnie nosiłaby tytuł „3. Afrikaan”. Jej akcja toczyłaby się w Afryce, a historia byłaby skupiona na postaci Ramony A. Stone i jej wyznawców.

Prawdopodobnie ostatnia wzmianka dotycząca „Outside” pochodzi z lutego 2000 roku, kiedy Bowie zdradzał swoje plany na przyszłość.

"

Po pierwsze, planuję wrócić do studia z Tonym Viscontim. Po drugie, chcę nagrać na nowo kilka utworów, które skomponowałem jeszcze w latach 60. Wreszcie po trzecie, pragnę w końcu złożyć do kupy płytę „2. Contamination”, kontynuację „1. Outside”. "

Powrót do studia z Viscontim zaowocował albumem „Heathen” z 2002 roku. Nagrania z lat 60. w nowych wersjach zostały przygotowane w formie albumu „Toy”. Płyta była gotowa w 2001 roku, ale nigdy nie została oficjalnie wydana. Materiał wyciekł jednak do internetu w 2011 roku. Kontynuacji „Outside” nigdy się nie doczekaliśmy.

Smutny epilog do tej historii dopisała wypowiedź Briana Eno, której udzielił zaraz po śmierci Davida Bowiego. Producent nie wiedział o chorobie przyjaciela i był w takim samym szoku jak reszta świata. Znajomość muzyków trwała ponad 40 lat, a w jej ostatnich latach wymieniali się przede wszystkim mailami między Nowym Jorkiem a Londynem.

"

Jakiś rok temu zaczęliśmy rozmowy o „Outside”, ostatnim albumie, przy którym współpracowaliśmy. Obaj go uwielbialiśmy i mieliśmy wrażenie, że został niesłusznie zapomniany. Rozważaliśmy powrót do niego i obranie nowej ścieżki. Nie mogłem się tego doczekać. "

Czy muzycy planowali wznowić prace nad „2. Contamination”, czy też dopisać świeży ciąg dalszy do historii Nathana Adlera? Tego pewnie się już nigdy nie dowiemy. Pozostaje mieć nadzieję, że pozostały jakieś niepublikowane nagrania z obszernych sesji z lat dziewięćdziesiątych i że jeszcze kiedyś poznamy je w takiej czy innej formie.

A Wy doceniliście należycie „Outside”?

Jakub Gańko
Tagi: Rock News David Bowie