10.02.2017 11:17

Gitarzysta Limp Bizkit nie słucha już ciężkiej muzyki

Wes Borland opowiedział o swoich obecnych upodobaniach muzycznych. W mocnych słowach podsumował również współczesną kondycję przemysłu muzycznego.

Gitarzysta Limp Bizkit nie słucha już ciężkiej muzyki
foto: Retna / Avalon / Reporter / East News

Limp Bizkit, jako jeden z filarów ogromnej popularności nu metalu na przełomie XX i XXI wieku, nie cieszy się zbyt dobrą reputacją pośród miłośników prawdziwie ciężkiego grania. Grupa Freda Dursta wzbudza wiele kontrowersji, ale zdaje się, że o wiele lepszą opinię ma pośród fanów gitarzysta zespołu, Wes Borland.

Muzyk poza Limp Bizkit ma swój solowy projekt Black Light Burns, a w 2016 roku wydał solowy album „Crystal Machete”. Udowodnił na nim, że spektrum jego zainteresowań znacznie wykracza poza działalność Freda Dursta, a także w ogóle mocniejszą muzykę. Niedawne słowa Borlanda potwierdzają taki stan rzeczy.

"

Od dawna nic z kręgu cięższych brzmień mi się nie spodobało, oddaliłem się od nich wraz z wiekiem. W ogóle mniej interesuje mnie współpraca zespołowa. Praktycznie już nie słucham kapel, zamiast tego sięgam po soundtracki. Tak naprawdę mój solowy krążek to wyraz podirytowania: bezpośrednią, inwazyjną muzyką z głośnymi gitarami i wokalami. Rzeczami, które krzyczą, by zwrócić twoją uwagę. Kiedy rysuję i poświęcam się kreatywnym działaniom, nie chcę słuchać takich rzeczy. Jako artysta nie mam zamiaru być wkurzonym dzieciakiem, który chodzi i wrzeszczy: „ja! ja! ja!”. "

To by doskonale tłumaczyło, czemu „Crystal Machete” to w całości kompozycje instrumentalne, które same mogłyby doskonale posłużyć za ścieżkę dźwiękową do filmu czy gry. Wes Borland przyznał, że obecnie jego największe inspiracje to eksperymentalna twórczość Godspeed You! Black Emperor, starsze albumy The Cure - jak „Disintegration” czy „Kiss Me, Kiss Me, Kiss Me” - oraz jedna z jego najulubieńszych płyt wszech czasów, „Selected Ambient Works Vol. 2” Aphex Twina.

Muzyk nie ma też najlepszego zdania o współczesnym kształcie przemysłu muzycznego i nie pozostawia złudzeń co do jego kondycji. Jego zdaniem żyjemy w jego postapokaliptycznej wersji i jeśli nie uzbieraliśmy sporego zapasu puszek, to prędko umrzemy z głodu.

"

Jestem wielkim szczęściarzem, bo gram w Limp Bizkit, a ten zespół uzbierał mnóstwo puszek i mogę jeść z nich. Ale jeśli nie masz takich zapasów, nie ma dziś dla ciebie jedzenia. I nikt wcale nie myśli o tym, jak wyhodować własne. Nagrywamy płyty tak, jak muzycy Titanica, którzy grali dalej, podczas gdy statek tonął. Chcę więc cieszyć się moją twórczością, dopóki to wszystko nie zniknie. Myślę, że to koniec dla muzyków, nic już się nie polepszy. Przyszłość rozrywki nie obejmie artystów, zawód muzyka po prostu zniknie. "

Cóż, z takiej perspektywy nie wygląda to wszystko zbyt dobrze... Pozostaje mieć nadzieję, że Limp Bizkit zdąży jeszcze wydać zapowiadany od lat materiał „Stampede Of The Disco Elephants”.

Zgadzacie się ze słowami Wesa Borlanda?

Jakub Gańko
Tagi: #Limp Bizkit #Rock News #Wes Borland