07.01.2019 16:00

Jean-Michel Jarre - "Equinoxe Infinity" [RECENZJA]

Mistrz muzyki elektronicznej postanowił po 40 latach wydać sequel do słynnego albumu "Equinoxe". Czy syntezatory nadal mogą zaskakiwać?

Jean-Michel Jarre - "Equinoxe Infinity" [RECENZJA]
foto: kadr z wideo

Gdy pod koniec lat 70. syntezatory w końcu stały się mniejsze i nie zajmowały całego pokoju, wielu muzyków zaczęło się interesować takim sprzętem. Kraftwerk stworzył muzykę z dźwięków wydawanych przez maszyny i zainspirował wielu twórców do gry na syntezatorach. Rozpoczynając swoją przygodę z klawiszami nie była potrzebna rozbudowana wiedza muzyczna, wystarczało wciskać odpowiednie klawisze. Niektórzy twierdzili, że to właśnie syntezator był punkowym instrumentem, bo mógł na nim grać dosłownie każdy. Syntezator ma jednak wiele wcieleń, a jedno z tych bardziej eleganckich i futurystycznych wykreował Jean-Michel Jarre.

Rozmawiając w 2015 roku z Midgem Urem z Ultravox, wokalista wyznał mi, że sięgnął po syntezator, bo w ten sposób można było stworzyć dźwięk przyszłości. Jean-Michel Jarre zapewne miał podobne podejście do tego instrumentu. Wydając w 1976 roku płytę "Oxygene" brzmiał jak kosmita, człowiek z przyszłości, który nie widzi żadnych granic w muzyce. Bogate kompozycje były miodem dla uszu fanów, którzy uwielbiali muzyczne wielobarwne opowiadania. Również kolejny album "Équinoxe" z 1978 roku udowodnił, że Jarre jest mistrzem muzyki elektronicznej. Nadal te dwa albumy są najbardziej rozpoznawalnymi dziełami kompozytora. Od tamtych czasów wiele się zmieniło na scenie elektronicznej, ale Jean-Michel Jarre to nadal szanowane nazwisko, a jego koncerty z niesamowitą oprawą wizualną cieszą się dużym zainteresowaniem.

Jean-Michel Jarre - "Equinoxe Infinity" [RECENZJA]

Czy muzyk nadal tworzy tak świetne dzieła jak w XX wieku? W 2018 roku zdecydował się na dosyć ciekawy ruch - stworzył kontynuację płyty "Équinoxe". Równo 40 lat po wydaniu krążka kompozytor postanowił dopisać kolejną część historii. Na płycie "Equinoxe Infinity" pojawiło się 10 utworów, które zostały zainspirowane dzisiejszymi czasami po brzegi wypełnionymi technologią. Muzyk skupił się na zmianach, które zachodzą w nas w wyniku postępu technologicznego. Album został opatrzony dwiema wersjami okładki, które nawiązują do grafiki z "Équinoxe". Na jednej widać ludzkość w zgodzie z naturą i technologią, zaś druga jest pełna niepokoju i zniszczenia spowodowanego przez maszyny. Która wersja okładki bardziej oddaje nasze życie? Na to pytanie ciężko jednoznacznie odpowiedzieć, ale Jarre chce na swojej płycie pokazać, że jest się czego obawiać.

foto: materiały prasowe

Na "Equinoxe Infinity" znajdziemy to, do czego nas przyzwyczaił Jarre - dynamiczne melodie, które powolutku się rozwijają i opowiadają historie pisane elektronicznymi dźwiękami. Nie ma tutaj żadnego powiewu świeżości, płyta będąca kontynuacją "Équinoxe" koresponduje z wielkim dziełem kompozytora. Jest swego rodzaju ciekawostką dla fanów, który wyłapie dźwięki wcześniej użyte przez kompozytora. Można to zauważyć chociażby w utworze "Robots Don't Cry".

Płyta rozpoczyna się od niepokojących i wolnych dźwięków "The Watchers". Podobnie złowieszczo brzmi kawałek "All That You Leave Behind", który świetnie sprawdziłby się jako ścieżka dźwiękowa do cyberpunkowego filmu. Niestety w połowie krążka nagle pojawia się wesoła melodia utworu "Infinity", która brzmi jak słaby, taneczny utwór z lat 80., a główny motyw muzyczny przypomina dźwięk wydawany przez kaczki. Numer niszczy nastrój konsekwentnie budowany przez kompozytora na pierwszej połowie płyty i nie rozumiem, dlaczego piosenka w ogóle pojawiła się na albumie - takich utworów nie wypada tworzyć Jarre'owi.

Po tej wesołkowatej piosence mamy ciekawy utwór "Machines Are Learning", w którym słyszymy dźwięki przypominające pracę maszyn. Ciekawie to kontrastuje z numerem "Don't Look Back", w którym mamy wrażenie, że dobiegają do nas żywe instrumenty smyczkowe. Opowieść kończy się tytułowym utworem, który podsumowuje wszystko to, co dotychczas przesłuchaliśmy - pojawiają się tam wcześniej słyszane motywy, by pozostawić pewien niedosyt u słuchacza. "Equinoxe Infinity" to dobra płyta, ale nie wnosi nic nowego do dorobku muzyka.

Najnowszy album Jeana-Michela Jarre'a nie jest arcydziełem, ale dobrze wyprodukowanym komentarzem do tego, co muzyk wydał 40 lat temu. "Equinoxe Infinity" na pewno zawita na półkach fanów, ale młodzi słuchacze muzyki elektronicznej nie znając kontekstu, dzieła tego nie zrozumieją i będzie dla nich po prostu nudne.

Ocena: 7/10

Aleksandra Degórska
Tagi: #Jean-Michel Jarre #Recenzje