11.03.2018 15:51

Judas Priest - „Firepower” [RECENZJA]

Brytyjski zespół 9 marca 2018 roku zaprezentował światu swój 18. krążek studyjny, zatytułowany „Firepower”. Czy ich nowy materiał dorównał poprzednim albumom?

Judas Priest - „Firepower” [RECENZJA]
foto: materiały prasowe

Bogowie Metalu obdarowują swoich wiernych słuchaczy swoim 18. studyjnym albumem „Firepower” 4 lata po premierze ich poprzedniego wydawnictwa „Redeemer of Souls”. Na szczęście powracają z zestawem 14 bardzo dobrych, różnorodnych utworów. Nie przecierają szlaków, nie starają się wyznaczać trendów - panowie z Judas Priest zapracowali na swoją estymę wydając dobre, heavymetalowe albumy. Zaskakujące jest jednak to, jak bardzo nowocześnie brzmią niektóre utwory z „Firepower”.

Nowe szaty cesarza?

Szczególnie na tym polu wyróżniają się takie utwory jak „Children of the Sun” albo „Spectre”. Obydwie piosenki, a zwłaszcza ich refreny przypominają nieco dokonania współczesnych „radiowometalowych” zespołów. Proste melodyjne refreny, średnie tempo i wpadające do ucha teksty zapewniają przebojowość tych utworów. Oczywiście, Judas Priest nigdy nie bało się pisania hitów, ale tym razem słychać, że zespół inspirował się dokonaniami swoich młodszych kolegów po faktu. 

Słuchając „Firepower” można również odnieść wrażenie, że brzmienie i kompozycja niektórych utworów przypomina nieco piosenki z ostatnich albumów Megadeth. Chodzi konkretnie o warstwę produkcyjną - a to spowodowane jest tym, że Judas Priest zatrudniło do pracy nad swoim nowym dziełem Andy'ego Sneapa, który współpracował z Davem Mustainem i spółką przy okazji „Thirteen” i „Endgame”. Dzięki temu, nowy album Bogów Metalu brzmi bardzo współcześnie i na szczęście, bardzo dobrze. Wszystkie instrumenty są wyprodukowane odpowiednio potężnie, a głos Roba Halforda jest świetnie wyeksponowany i brzmi naturalnie, co jest coraz rzadszym zjawiskiem na współczesnej scenie metalowej. 

W ich żyłach wciąż płynie czysty metal

Judas Priest nie zachłysnęło się jednak tą całą współczesnością i nie uległo trendom - „Firepower” to wciąż jest ultrametalowa płyta, bez żadnych niepotrzebnych elektronicznych przeszkadzajek, dziwnych efektów wokalnych czy innych wygłupów. To wciąż tylko, i aż, pięciu facetów z gitarami, basem, bębnami i jednym z najlepszych głosów w historii całego gatunku, którzy tworzą ciężką muzykę. Dobrą, ciężką muzykę.

Na szczęście, nowe Judas Priest nie jest zrobione na jedno kopyto. Bywa szybko, tak jak w utworze tytułowym, bywa wolniej i bardziej patetycznie tak jak w zamykającym album „Sea of Red”, ale jest też nutka glam metalowej melodii i estetyki w „Flame Thrower”. Do tego zespół odnajduje się w każdej z tej stylistyk jak ryba w wodzie. Solówki gitarowe Glenna Tiptona i Richiego Faulknera robią wrażenie i zagrane są ze smakiem. Panowie nie silili się na to, by być jak najszybszymi, czy najbardziej technicznymi, tylko postawili na to, by każdy popis umiejętności wyszedł utworowi na dobre.

Ian Hill nigdy nie był najbardziej przebojowym basistą na świecie, ale jego ścieżki są solidne. Tylko trochę szkoda, że Scott Travis nie napisał więcej interesujących przejść perkusyjnych, bo w jego grze brakuje trochę smaczków. Jego partie są bardzo dobre i świetnie pasują do kompozycji na „Firepower”, ale zabrakło nieco efektu „wow”, który wywoływało chociażby intro do „Painkillera”.  

Łyżka dziegciu

Niestety, „Firepower” nieco cierpi z powodu swojej przedłużonej tracklisty. Z pewnością usunięcie „Guardians” nie wpłynęłoby na ogólny odbiór albumu, a obecność tej kompozycji dodaje do prawie godzinnego albumu niepotrzebne półtorej minuty. Skróceniu mogły by również ulec dwa najdłuższe utwory na „Firepower”, czyli „Traitors” i „Sea of Red”. Odnoszę również przykre wrażenie, że niestety żaden ze znajdujących się na tym albumie utworów nie zapisze się w historii heavy metalu. Mam jednak nadzieję, że się mylę, ponieważ „Firepower” i „Lightning Strikes” to jedne z lepszych metalowych singli ostatnich miesięcy i byłoby miło, gdyby na dobre zagościły w sercach słuchaczy.

Judas Priest na albumie „Firepower” prezentuje się jako zespół odmłodzony, taki, który słucha tego, co dzieje się w ich gatunku. Nie podąża trendami, ale bierze najlepsze cechy współczesnego metalu i podlewa je swoim autorskim sosem. Kiedy potrzeba, to jest szybko, kiedy trzeba zwolnić, to zwalniają, a kiedy potrzeba napisać utwór, który będą śpiewały tysiące osób na koncertach, to piszą taki właśnie hymn. Nie jest to album idealny, czy pozbawiony wad. To po prostu kawał dobrego heavy metalowego grania.

Ocena: 8/10  

Warto przypomnieć, że Judas Priest pojawi się 13 czerwca 2018 w katowickim Spodku, a jako gość specjalny wystąpi Megadeth.

Kamil Kacperski
Tagi: Judas Priest Recenzje