23.02.2015 10:41

Kid Rock – First Kiss

Kid Rocka można lubić bądź nie, ale każdy musi przyznać, że facet wylansował kilka hitów od „Cowboy” i „American Badass” na początku kariery przez nagraną z Sheryl Crow „Picture”, czy ostatni wielki hicior, czyli „All Summer Long”.

Kid Rock – First Kiss
foto: materiały prasowe

Słuchając nowej płyty też będziecie momentami tupać nóżką i niejeden muzyczny motyw zostanie Wam w głowie. Niestety moim zdaniem mamy do czynienia z nieco odgrzewanym kotletem.

Przemiana, która zaszła w muzycznym portfolio Roberta Jamesa Ritchiego, bo tak brzmi jego prawdziwe nazwisko, absolutnie mi nie przeszkadza. Postanowił porzucić image „american badass”, dla swojskiego muzyka country. Spoko. Wydaje się, że ten wizerunek mu pasuje. Dobrze się w nim czuje, na czym nie cierpiała muzyka. Niestety wszystko ma swój kres.

Southern rock to muzyka dość prosta. Do tego, niestety podobnie jak rejon Stanów Zjednoczonych, z którego się wywodzi, jest mocno konserwatywna. Są elementy, które do niej pasują, ale twórcy trzymają się raczej sprawdzonych patentów, niż próbują eksperymentować. Z tego powodu w nurcie southern rocka znajdziemy całą masę zespołów przeciętnych i tylko kilka, które potrafią sprawić, że ich muzyka jest naprawdę ciekawa, wyciskając z mocno skostniałego gatunku ile się tylko da.

Kid Rockowi do tej pory w dużym stopniu udawała się ta sztuka. Ile jednak razy można korzystać z zagrywek podkradzionych ze „Sweet Home Alabama” Lynyrd Skynyrd? Na „First Kiss” patent ten jest ogrywany do bólu co najmniej w 3 kawałkach. W „Johnny Cash” w sposób tak ewidentny, że nie trzeba się nawet mocno wsłuchiwać. W „Best of Me” wspomniany motyw przemieszano nieco z soulowymi naleciałościami. Zaś w „Jesus and Bocephus” jest mocno countrowo i dużo wolniej. Trochę rozczarowuje mnie to, że Kid nie stara się wyjść poza sferę swojego komfortu i zdobyć się na nieco większą oryginalność.

I tu wracamy do pierwszego akapitu. Mimo towarzyszącego podczas odsłuchu płyty wrażenia „gdzieś to już słyszałem”, większość piosenek nie traci na zaraźliwej wręcz przebojowości. Śpiewane przez Rocka charakterystycznym, lekko zachrypniętym głosem melodie naprawdę wpadają w ucho i ciężko się od nich uwolnić. Fajny jest kawałek tytułowy, nieco bardziej rockowy od reszty, z dobrym refrenem. Jednym z bardziej udanych numerów jest „Good Times, Cheap Wine”, który jest zapewne deklaracją muzyka mówiącą o tym, co w życiu uważa za naprawdę ważne. Nie zdziwię się, jeśli będzie to nowy hit koncertowy. Bardzo spodobał mi się bluesowy, nieco mroczniejszy, co w tym nostalgiczno-pozytywnym towarzystwie go wyróżnia, „Ain't Enough Whiskey”. I to byłoby na tyle, jeśli chodzi o rzeczywiście udane utwory. Oczywiście całej płyty słucha się nieźle, ale właśnie tylko nieźle. Od tak doświadczonych muzyków jak Kid Rock oczekuję nieco więcej, niż powielania samego siebie i innych. A w przypadku „First Kiss” dzieje się tak o kilka razy zbyt często. Ballada „FOAD” (Fuck Off And Die – przyp. DZ) z dodaną jako bonus bliźniaczą „Say Goodbye” to dość banalny kawałek. Szczyty banału Kid osiągnął ultra nostalgicznym „Drinking Beer With Dead” - kwintesencji countrowego podejścia do grania, zarówno w sferze muzycznej jak i tekstu. Pozostałych piosenek naprawdę nic nie wyróżnia.

Kid dalej ma potencjał. Już w przypadku poprzedniej „Rebel Soul” Amerykanin przyznał, że nie jest to dobra płyta, bo nie przyłożył się do jej tworzenia. Boję się, że tym razem mogło być podobnie. „First Kiss” może być dla Was płytą idealną w jednym przypadku. Kupujecie kabriolet, dwa wina, zabieracie dziewczynę (lub chłopaka) w podróż w stronę zachodzącego słońca. Ewentualnie urodziliście się w Kentucky. 

Ocena: 2/5

Magda Słomka
Tagi: Recenzje Kid Rock