08.07.2015 14:03

„Kurt Cobain: Montage of Heck” vs „Soaked in Bleach”

W ostatnim czasie poznaliśmy dwa stojące na zupełnie różnych biegunach filmy poświęcone liderowi Nirvany. Odmienne dzieła i odmienne spojrzenia na sprawę. Poznajcie naszą opinię o nich.

„Kurt Cobain: Montage of Heck” vs „Soaked in Bleach”
foto: materiały prasowe

Każdej z produkcji towarzyszyła atmosfera sensacji. Nazwisko Cobaina wzbudza je zresztą bezustannie od wielu lat. Biografizm filmowy ma to do siebie, że wystawia swoim bohaterom pomniki. Nie inaczej stało się z...

„Kurt Cobain: Montage of Heck”

Film nie stanowi odbrązowienia statui z wizerunkiem muzyka, a jedynie utrwala dobrze znany wizerunek artysty podporządkowany masowemu spojrzeniu na jego osobę.

Nic w tym dziwnego, gdyż Brett Morgen musiał się mocno zżyć z postacią Cobaina pracując nad swoim obrazem przez 8 lat od momentu, w którym Courtney Love powierzyła mu opasłe domowe archiwa dokumentujące żywot muzyka. Reżyser tłumaczy jak doszło do jego zaangażowania w projekt:

"

Courtney zrobiła to ze względu na moje portfolio. Najbardziej podobał jej się film „To rola dla niego”, który zrobiłem z Robertem Evansem. W tamtym czasie był to międzynarodowy hit. Stwierdziła, że mam odpowiednie wyczucie, by opowiedzieć historię Kurta. "

Choć efektem pracy Morgena stało się dość populistyczne dzieło, nie zostało ono jednak pozbawione walorów artystycznych. Największa w tym zasługa animacji Stefana Nadelmana i Hisko Hulsinga, które oddają stan umysłu człowieka pogrążonego w depresji, zawieszonego gdzieś pomiędzy i zmagającego się z psychodelicznymi wizjami. Zresztą całe „Kurt Cobain: Montage of Heck” wyrasta na film o człowieku, który czuje więcej i nie jest w stanie przystosować się do życia w otaczającym go świecie, toczącym walkę, w której ostatecznie sam się poddaje.

To niezwykle intymna rzecz. Nie tyle podglądająca prywatność Cobaina, co jawnie w nią wchodząca. Fani będą zachwyceni możliwością zobaczenia nieznanych wcześniej materiałów, ale jednocześnie nie dostaną niczego więcej ponad to, co już dobrze znają. Morgen nie pokusił się o analityczne spojrzenie na biografię Cobaina. Jedynie gładko prześlizguje się po kolejnych faktach ubarwiając je nieznanymi nagraniami i animowanymi wstawkami.

Największych plusem filmu jest jego forma - zabawa w postmodernistyczny kolaż i eksperymenty budujące schizofreniczne odczucia zagubienia. Nie pozostaje wątpliwością, że siła Nirvany i Cobaina zaklęta jest po prostu w muzyce i tekstach. One nie przeminą.

Jest jednak jeszcze jedno spojrzenie na sprawę w postaci...

„Soaked in Bleach”

Nie ma się co dziwić, że Courtney Love optowała za wycofaniem filmu z dystrybucji, bo bez względu na to czy wierzy się w teorie spiskowe o tym, że stała ona za śmiercią lidera Nirvany, czy też nie, film stanowi zwykły paszkwil. Wypełniony wątpliwej klasy fabularyzowanymi wstawkami obraz Benjamina Statlera nie zyskał błogosławieństwa rodziny Cobaina ani jego najbliższych przyjaciół. Z tego powodu za „gadające głowy” posłużyły osoby, o których słyszy się dużo rzadziej przywołując wspomnienia o Kurcie.

Na bohatera filmu nie wyrasta tu zresztą lider Nirvany. Oś fabularna skupia się raczej na osobie Toma Granta, prywatnego detektywa, który został wynajęty przez Love na parę dni przed samobójstwem Kurta, by go odnalazł.

Dużo czasu poświęconego zostaje również samej wokalistce Hole, tylko po to, by móc ją oczernić. Jest to co najmniej niesmaczne, mało wyszukane i stanowi zachowanie rodem z brukowca. To zwyczajny brak poszanowania dla imienia innej osoby i szukanie taniej sensacji. Owszem, dostajemy spojrzenie z drugiej strony barykady, ale takie, które nie próbuje wejść w polemikę, a tylko jawnie atakuje.

Nowinką wyróżniającą „Kurt Cobain: Montage of Heck” było zastosowanie ciekawych rozwiązań technicznych, w wypadku „Soaked in Bleach” tą nowością są wspomniane odgrywane przez aktorów scenki. Ich poziom porównywalny jest niestety z wenezuelskimi telenowelami lub rodzimymi produkcjami typu „Ukryta prawda”. Można nawet zaryzykować stwierdzenie, że i całe dzieło nadaje się do zestawienia z nimi.

„Soaked in Bleach” wyrasta bez mała na ekranizację książki „Kto zabił Kurta Cobaina?” i choć Statler, w przeciwieństwie do Morgena, próbuje dokonać pewnej analizy okoliczności śmierci muzyka, to robi to bardzo agresywnie i jednostronnie. Wytyka kilka istotnych nieścisłości dotyczących śledztwa i w tym trzeba przyznać mu rację - skoro wzbudza ono w dalszym ciągu kontrowersje z racji szybkiego zamknięcia, prawdopodobnie powinno zostać ono wznowione. Czy jednak jest to coś w stanie zmienić, czy byłby to tylko zamach na pierwsze strony gazet, który przecież i tak nie zwróci nam już głosu pokolenia?

A jakie są Wasze wrażenia po obejrzeniu „Kurt Cobain: Montage of Heck” i „Soaked in Bleach”?

Robert Skowroński
Tagi: Rock News Kurt Cobain Nirvana