10.09.2019 00:11

Najgłośniejsze metalowe pożegnanie lata w Polsce, czyli Summer Dying Loud 2019 [RELACJA]

Od 6 do 8 września 2019 roku Aleksandrów Łódzki był najgłośniejszym miastem w Polsce. Wszystko za sprawą XI edycji Summer Dying Loud Festival.

Triptykon
foto: Romana Makówka/Antyradio.pl

Po trzech głośnych i bardzo intensywnych dniach świetnej muzyki na Summer Dying Loud 2019 chciałoby się rzec "Takich festiwali w Polsce nam potrzeba!". Ale wiecie co? Nie potrzeba. Jest SDL i on zdecydowanie zaspokaja potrzeby serca metaluchów o czarnych duszach, wypełnia niszę i skupia w jednym miejscu całkiem wąskie grono zagorzałych fanów nieoczywistych reprezentantów ekstremy. Bo lineup jak zwykle trafia do tych, których raczej przestały (lub powoli przestają interesować) wielkie koncerty na kilkadziesiąt tysięcy ludzi wyprzedane w 20 minut.

Summer Dying Loud to miejsce, gdzie najwybredniejsi fani ciężkiego grania często nie mają czasu na przerwę na piwo, bo tyle się dzieje, bo tyle chce się posłuchać i zobaczyć. Mimo to, co roku impreza jest na tyle zróżnicowana pod względem zapraszanych gości, że poza kapelami, na których występ czeka się od miesięcy, na festiwalowej scenie można odkryć też sporo nowych dźwięków, co spotkało w tym roku również i mnie. 

Summer Dying Loud 2019. Relacja

Na tegoroczny Summer Dying Loud dotarłam po raz czwarty i muszę przyznać, że z roku na rok widać gołym okiem, jak metalowe zakończenie lata w Aleksandrowie się rozwija, a organizatorzy robią kawał dobrej roboty, żeby wszystko działało jak w zegarku. W tym roku po raz pierwszy impreza z dwudniówki przekształciła się w aż trzy dni całodniowych koncertów. Pierwszy dzień festiwalu zdecydowanie wygrały w moich uszach polskie kapele.

Lars Ulrich
Lars Ulrich
Przeczytaj także Lars Ulrich o graniu z orkiestrą: "Staram się nie być cholernie onieśmielonym na widok profesjonalnych muzyków"

Chociaż najwięcej słuchaczy przyciągnął pod scenę Paradise Lost, mnie zespół nigdy nie zdołał przekonać do siebie ani w wersji studyjnej ani jak widać także tej live. Niemniej nie można odmówić kapeli profesjonalizmu, charyzmy i wczucia publiki. Na scenie pojawiła się także nasza rodzima Entropia, która jest dla mnie absolutnym fenomenem i odkryciem 2018 roku. Chłopaki robią z muzyką niesamowite rzeczy, wwiercają się w umysł, pobudzają wyobraźnię, hipnotyzują, a ich twórczość jest wybornym, głębokim i cudownie melancholijnym teatrem dźwięków. W moim idealnym świecie koncert Entropii zaliczałabym raz w tygodniu. 

Dobrze było zobaczyć na festiwalowej scenie również Materię. Nie miałam okazji słuchać grupy na żywo od świetnej trasy z The Sixpounder w 2016 roku. A przez te 3 lata sporo się u chłopaków pozmieniało. Najnowszy album zwolnił trochę tempa i niestety odebrał zespołowi nieco energii i jednoczesnej lekkości, którymi mnie do siebie przekonali. Jednak stare kawałki nadal grzeją jak złe i pod sceną bawiłam się doskonale.

Kulminacja emocji nastąpiła natomiast, gdy na scenie pojawił się Blindead. Najnowsze wydawnictwo zespołu spotkało się ze skrajnymi opiniami. Jedni zarzucają kapeli grafomaństwo i przekombinowanie, a inni pieją z zachwytu. Ja zdecydowanie należę do rzeczonych piaczy. Mantryczna "Niewiosna" z Nihilem na wokalu na pewno znajdzie się w pierwszej trójce moich ulubionych płyt tego roku, a na żywo wrażenie transu i powolnego zagłębiania w otchłań gęstego lasu jeszcze bardziej daje po emocjach. Muszę podkreślić tutaj również jak genialną postacią w zespole jest perkusista grupy - Konrad Ciesielski, który niezależnie od projektu, w jakim się pojawi,a nie daje od siebie oderwać wzroku, nawet wówczas, kiedy stoi przed nim charyzmatyczny i na wszelkie możliwe sposoby odklejony od rzeczywistości i w ujmujący sposób dziki Nihil.

Drugi dzień pobujał nas między innymi przy dźwiękach członków Wielkiej Czwórki polskiego stonera. Major Kong ze swoim dość surowym i minimalistycznym brzmieniem bardziej pasuje mi na klubowe sceny, jednak atmosfera wytwarzana przez spadkobierców Black Sabbath to muzyka, bez której nie wyobrażam już sobie żadnej edycji SDL. Z kolei na festiwalu utwierdziłam się w przekonaniu się, że nie zostanę fanką Lucifera, a kobietom na wokalu naprawdę jest trudno mnie do siebie przekonać. Jednak doceniam, że w lineupie znalazło się też miejsce na retro brzmienia inspirowane latami 70. 

Tool
Tool
Przeczytaj także Nowy album Toola zadebiutował na 1. miejscu listy Billboard. "Fear Inoculum" pobił Taylor Swift

WTEM - Triptykon. Ktoś mądry powiedział kiedyś, że pisanie o muzyce jest jak tańczenie o architekturze, a koncerty takie jak ten zagrany przez ekipę Thomasa Gabriela Fishera utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie wszystko da się opisać słowami. Takim występom SDL zawdzięcza swoją nazwę. Było głośno, mrocznie i tak ciężko, że dźwięki zdawały się wręcz materializować. Bezapelacyjny numer jeden festiwalu. Dawno się tyle nie namachałam głową i przekonałam ostatecznie, że na przekór światu bardziej jaram się materiałem Triptykonu niż ich coverami Celtic Frost. Kto mi zabroni.

Mocnym akcentem i wyczekiwanym przeze mnie z niecierpliwością koncertem na tegorocznym SDL był występ grupy GOLD. Absolutnie uwielbiam wszelkie darkfolkowe i darkrockowe klimaty, a ostatnia płyta Holendrów "Why Aren’t You Laughing?" to nomen omen - złoto. Przyznaję, że kapeli lepiej słucha mi się w domowym zaciszu, gdzie wokal brzmi mniej piskliwie i dramatycznie, jednak moja depresyjna natura nakarmiła się przepełnionymi bólem i nostalgią kompozycjami GOLD do syta. Za rok poproszę Suldusk i będę w raju. 

Nigdy nie byłam wielką fanką Bloodbath, chociaż ich twórczość przemykała mi od czasu do czasu przez głośniki. Jednak muszę przyznać, że deathmetalowe wcielenie wokalisty Paradise Lost wystrojonego w garniak dostaje ode mnie po koncercie na SDL wielkie "tak". Nie spodziewałam się, że numery, które zwykle mnie nudziły i nie słyszałam w nich nic odkrywczego, pod wpływem festiwalowego klimatu nabiorą świeżości. Fajnie, dla takich chwil jeździ się na koncerty. 

Five Finger Death Punch
Five Finger Death Punch
Przeczytaj także Five Finger Death Punch, Megadeth i Bad Wolves wystąpią w Warszawie

Nie pozostaje mi chyba nic innego jak po raz czwarty stwierdzić, że Summer Dying Loud to najlepsza impreza serwująca słuchaczom ekstremalny metal, jaka odbywa się cyklicznie w Polsce. Pod sceną z roku na rok przybywa ludzi, a na plakatach patronów medialnych - nie bez przyczyny. Festiwal rozwija się w zawrotnym tempie, co cieszy niezmiernie i pokazuje, że może jednak trochę lubimy w tym naszym kraju zaznać srogiego łomotu dźwiękami, a nawet posłuchać czasem nieznanych nam rzeczy. Bez względu na przyszłoroczny lineup, już dziś wiem, że za rok też będę żegnać lato na Summer Dying Loud, bo gdzie można to zrobić głośniej i z większym przytupem? No, właśnie. Wpadnijcie też! 

Zobacz też: Wokaliście Celtic Frost nie spodobał się cover Metalliki: "To upokarzające" 

Tagi: Rock News