Najlepsze płyty 2021 roku rock/metal: ŚWIAT. 10 albumów, które warto znać [LISTA]

03.01.2022 20:49
Najlepsze płyty 2021 roku rock/metal: ŚWIAT Fot. Antyradio.pl

Wybór najlepszych płyt rockowych/metalowych  2021 roku w kategorii "ŚWIAT" był trudnym zadaniem. Na liście 10 wybranych albumów znajdziecie sporo ekstremy, nowoczesnego brzmienia, mrocznych klimatów, ale też przyjemnych dla ucha melodii. No, to 3...2...1...i słuchamy!

Działo się muzycznie w tym roku. Płyty wydali weterani z Iron Maiden czy Helloween, pojawił się też nowy krążek Foo Fighters. Żaden z tych albumów nie trafił do poniższej topki, ale nie zabraknie w niej grup bardzo dobrze wszystkim znanych, które mimo coraz dłuższego stażu na scenie i krążków w dyskografii, naprawdę potrafią zaskoczyć i zachować świeżość w kolejnych wydawnictwach.

Jeśli interesuje Was podobne zestawienie, jednak obejmujące nasze rodzime produkcje, to odsyłam chętnych do listy "Najlepszych płyt rock/metal 2021 roku: POLSKA". Tam znajdziecie kolejne 10 albumów wydanych w minionym roku, których warto posłuchać.

Najlepsze płyty 2021 roku rock/metal: ŚWIAT [LISTA]

Reveal - Doppelherz

Ułożenie niżej wymienionych dziesięciu krążków chronologicznie - od najlepszego jest niewykonalne, jednak jeśli zapytalibyście mnie o najlepszą płytę zagraniczną 2021 roku - nie zawahałabym się nawet sekundy. Numerem jeden był bezkonkurencyjny album "Doppelherz" Reveal, który, co ciekawe, ukazał się całkiem niedawno, bo na początku grudnia, a do rocznych podsumowań trafił rzutem na taśmę.

Grania, które słyszymy na "Doppelherz" nie da się porównać do żadnego innego. Ta płyta to istny metalowy karnawał dźwięków, stylów i konwencji, które mieszają się ze sobą, przenikaja wzajemnie i łączą nicią szaleństwa w kolejne pogmatwane kawałki. Co w tej płycie najciekawsze to fakt, że mimo serwowanego przez Reveal kontrolowanego chaosu "Doppelherz" zachowuje szacunek do swoich korzeni. Na albumie usłyszycie echa niejednych legend thrash czy death metalu.

Funeral Mist - Deiform

Dawno żadna płyta nie wywołała u mnie tak dużych pokładów niepokoju co "Deiform" od Funeral Mist. Kawałki na tym krążku są niezwykle intensywne, wręcz przytłaczające. Bije od nich religijny patos, co podkreślają choćby pulsujące bębny czy chóralne wstawki, które kładą na kompozycjach cień obłąkańczego rytuału.

Każdy kawałek na albumie jest równie wyrazisty i dziki. Ta muzyka hipnotyzuje, otwiera drzwi do światów, do których absolutnie nigdy nie odważyłabym się wejść, gdyby nie ciekawość kolejnych dźwięków i despotyczny ton Ariocha (Daniela Rostena - znanego również jako wokalista grupy Marduk). "Deiform" to dzieło majestatyczne, skończone, kompletne i obowiązkowe dla każdego, kto mianuje się fanem muzyki ekstremalnej.

The Armed - Ultrapop

"O rety". To mniej więcej byłoby tyle, jeśli chodzi o głębokie przemyślenia, które przebiegły mi przez głowę, kiedy z głośników wybrzmiewały już ostatnie dźwięki z pierwszego przesłuchania albumu "Ultrapop" The Armed. 

Melodyjne gitary, syntezatory, krzyk, hałas, śpiew, chaos. Muzyka na "Ultrapop" jest stłoczona, trzeba wysiłku, żeby wsłuchać się w jej detale i odnaleźć w nich coś dla siebie. To jeden z tych krążków, który za każdym przesłuchaniem rozumiem inaczej. Jednak zawsze słyszę w nim bunt i chęć redefinicji tego, co świat wrzuca w worek z napisem "muzyka rockowa". Tutaj ten gatunek odżywa i nabiera zupełnie nowego kształtu, który na pewno nie należy do najwygodniejszych.

Turnstile - Glow On

Pod koniec września napisałam w moim podsumowaniu muzycznym, że płyta Turnstile "Glow On" może okazać się najważniejszym albumem tego roku. Najważniejszym, nie najlepszym. Biorąc pod uwagę, że krążek pojawił się w zestawieniach największych światowych magazynów muzycznych i serwisów internetowych (nie tylko tych zorientowanych na muzykę rockową) potwierdzam swoje zdanie.

Grupa powstała 11 lat temu i wykonuje aktualnie jedną z najbardziej uniwersalnych form alternatywnego grania, jakie słyszałam. Muzyki zespołu mogą słuchać zarówno fani hip-hopu, jak i thrashu, punku czy The Smiths. Turnstile wplata w swoje brzmienie elementy latino, nie stroni od syntezatorów i funku. Na "Glow On" jest wszystko i można zagrać ten album wszędzie. W małym klubie dla 50 osób i wielkim stadionie. Tak wyobrażam sobie muzykę przyszłości, która nadeszła już dziś.

shame - Drunk Tank Pink

Pierwsza płyta, która w tym roku trafiła do mojej playlisty o wiele wyjaśniającej nazwie "Best of 2021" to "Drunk Tank Pink". Bardzo doceniam muzykę, w której każdy dźwięk jest dopieszczony jak dania Roberta Makłowicza, ale mam słabość również do surowych produkcji, pełnych tępych riffów i pozornie niekontrolowanego hałasu. Ten zestaw otrzymujemy od nowego wydawnictwa shame.

Na nowej płycie kapeli znajdziemy mniej oczywistych melodii, a więcej rytmicznych kombinacji. Gdyby komuś chciało się rozebrać kompozycje shame na czynniki pierwsze, zamiast jednej płyty, mógłby nagrać trzy. Zmiany tempa i dźwiękowe mozaiki mogą zmęczyć, mnie jednak intrygują. Kiedy ostatni raz włączyliście kawałek, który zaczynał się jak przeboje Maanam, a po sekundzie zamieniał się w "Wild Thing"? To właśnie ten dziwny miszmasz słyszę w "Water in the Well". Jeśli jesteście fanami IDLES, nowej fali, a może nawet Sex Pistols, jest szansa, że Wam się spodoba.

Unto Others - Strength

Grupę Unto Others możecie kojarzyć z poprzedniej nazwy Idle Hands, którą muzycy musieli zmienić. Pokochałam ich nowy krążek od pierwszych dźwięków otwieracza — jednego z najlepszych numerów na albumie - "Heroin". Unto Others łączy ze sobą gotycki mrok, melodyjność heavy metalu, szaleństwo thrashu i przytłaczający ciężar Type O Negative. Wokal bez problemu przeskakuje z czystego śpiewu w przejmujący wrzask czy chrapliwe mruczenie. "Strenght" nie ma słabych punktów. Płytę ma szansę pokochać zarówno fan Ghost, Iron Maiden jak i lekkiego rocka lat 80.  Za Unto Others ciężki rok, jednak mówi się, że najlepsze dzieła powstają właśnie w takich momentach. Jeśli szukalibyście kiedyś dowodów na potwierdzenie tej tezy, na spokojnie możecie rzucić argumentem w postaci "Strenght". 

Mastodon - Hushed and Grim

Gdyby ktoś powiedział mi w październiku minionego roku, że najnowszy krążek Mastodon trafi do mojego podsumowania, to najprawdopodobniej bym go wyśmiała. Pierwsze podejście do "Hushed and Grim" skończyło się u mnie serią ziewów i niedosłuchaniem krążka do końca. Co się zmieniło? Dyskusja o płycie ze znajomym, który powiedział "dobra, po prostu posłuchaj tej płyty jeszcze raz". I posłuchałam, co polecam również Wam.

Album szybko przestał być dla mnie niezrozumiałym, nudnym lamentem. Z dźwięków nagle zaczęła wydobywać się cała paleta emocji. Mastodon po raz kolejny serwuje słuchaczom osobistą opowieść o stracie i przemijaniu. Jednak tym razem nie zostawia nas z pustym poczuciem żalu i bezradności. Zamiast tego skłania do refleksji nad ulotnością życia, która również ma swoje plusy i kryje w sobie piękno.

Na płycie znalazł się kawał ambitnego, różnorodnego, ale nieprzekombinowanego grania pełnego przemyślanych melodii. Chyba pierwszy raz tak wyraźnie usłyszałam, z czego wynikają porównania zespołu do Metalliki. Oprócz tego krążek funduje nam sporo gitarowych zagrywek rodem z klasycznych płyt Pink Floyd, nawiązań do jazzu, blues rocka czy stonera. O tej płycie usłyszymy jeszcze nie raz w podsumowaniach dekad, wieków i dziesięcioleci. Wielka rzecz.

Gojira - Fortitude

Na pewno znacie takie kapele, w których można mieć wrażenie, zasłuchują się wszyscy naokoło. Gojira to dla mnie właśnie taki zespół. I chociaż nigdy nie byłam fanbojką tego bandu, to jest to zdecydowanie mój ulubiony metalowy zespół "nowego pokolenia" wśród tych, które dawno wyszły już z podziemia i odhaczyły ogromny komercyjny sukces. Ich muzyka w moich uszach bije na łeb dokonania Slipknota, SOAD czy Korn - czyli tych zespołów, które od razu przychodzą na myśl, gdy mówimy o mainstreamowym metalu lat 90. Z kolei występ formacji na Pol'and'Rock Festivalu w 2018 roku to najlepszy koncert zagranicznej metalowej kapeli w Kostrzynie nad Odrą, w jakim miałam okazję uczestniczyć. Jednak mimo wszystko żaden z albumów francuzów nie ścisnął mnie do tej pory porządnie za serducho.

Nie spodziewałam się, że ściśnie akurat "Fortitude". Muzycy mają na koncie dzieła mroczniejsze, bardziej intymne - jak chociażby "Magma", którą twórcy uraczyli nas 5 lat temu. Czyli takie, które z opisu powinny przypaść mi do gustu bardziej niż etniczne brzmienia, których nie brakuje na najnowszym dziele Francuzów, a ja nie jestem ich szczególną wielbicielką. Być może kupuje mnie tutaj tematyka płyty, która zapowiada, a może nawet staje się ścieżką dźwiękową do zagłady, którą przecież już trwa.

Jednym z moich faworytów na płycie jest chyba najmniej metalowy numer, którzy można na niej usłyszeć. Melodyjny "The Chant" z wpadającym w ucho refrenem mógłby znaleźć się w dyskografii niejednego dinozaura rocka, a mimo to nie brakuje mu świeżości i ciężaru. Drugi ulubieniec? "Amazonia". Jest to według mnie najlepszy kawałek, jaki Gojira wydała od początku istnienia. Wielką trójkę zamyka "Into the Storm", który pokochałam za wściekły riff, gwałtowne zmiany tempa i imponujące zagrywki perkusji.

"Fortitude" to 11 numerów porządnego, metalowego grania bez ściemy i zbędnych kalkulacji, w jaką stylistykę uderzać, żeby wbić się w trendy. To płyta nie tylko świetna i kompletna muzycznie, ale przede wszystkim ważna. Przypominająca nam, że metal nadal może zmieniać świadomość bez wywoływania ciar żenady.

Rome - Parlez-Vous Hate?

Poprzedni longplay Jérôme Reutera był świetny, jednak bardzo bezkompromisowy i przytłaczający. Utwory na "Parlez-Vous Hate?" wydają mi się bardziej przebojowe, melodyjne i wpadające w ucho. Jest tu znacznie mniej ponuro, melancholijnie, a żal nie wylewa się z głośników potokami, a jedynie wąską, symboliczną strużką. Przez krótkie 40 minut z nowym materiałem ROME lawirujemy między akustyczną intymnością, mroczną psychodelią i popowymi wręcz melodiami. W "Born in the E.U." muzyk zaskakuje swoim nawiązaniem do Bruce'a Springsteena, chwilę później serwuje nam skoczny "Death from Above", który mógłby stać się radiowym hitem po to, żeby moment później wytoczyć swoje najcięższe działo. Mowa tu o niepokojącym i mrocznym do szpiku kości "Panzerschokolade".

Jérôme Reuter nagrywa album za albumem i każdym z nich udowadnia swoją niezwykłą wrażliwość, która jest nie mniejsza niż ta płynąca z przebojów Nicka Cave'a czy Toma Waitsa. Ode mnie 11/10.

Converge & Chelsea Wolfe - Bloodmoon: I

Kontrasty w muzyce są wspaniałe. A dowody na potwierdzenie tej tezy znajdziemy, chociażby na klimatycznym krążku Converge zrealizowanym z Chelsea Wolfe. Subtelny i przejmująco smutny wokal artystki idealnie podkreśla gniew i porządkuje chaos dźwięków serwowanych nam przez ekipę Jacoba Bannona. Jednak nie to w tej współpracy jest najciekawsze.

Chelsea niemal całkowicie zdominowała materiał na "Bloodmoon:I". Bijący od niej mrok, ale też spokój stłumiły dzikość Converge i poskromiły agresję zespołu. Dla wielu taki charakter płyty może być zawodem, ale nie dla mnie. Gniew to coś znacznie więcej niż wrzask i da się go wyrażać nie tylko przez opętańcze krzyki. Być może w nieco bardziej ułożonej formie, wybrzmiewa on jeszcze głośniej? Eksperyment Converge+Chalsea Wolfe uważam za jeden z ciekawszych, jeśli chodzi o wydawnictwa ostatnich lat.

Joanna Chojnacka
Joanna Chojnacka Redaktor antyradia
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.