26.01.2015 11:46

Papa Roach – F.E.A.R.

Papa Roach nigdy nie należał do pierwszej ligi ciężkiego grania, ale z całą pewnością działalność zespołu odcisnęła pewne piętno na historii muzyki nu metalowej.

Papa Roach – F.E.A.R.
foto: materiały prasowe

Można się zastanawiać czy tego typu muza jeszcze wywołuje dziś większe emocje. W końcu dość szybko okazało się, że styl ten ma dosyć poważne ograniczenia, a część zespołów rozpoczęła poszukiwania nowych ścieżek rozwoju. Z Papa Roach było podobnie, ale koniec końców zawsze zataczali pętlę wracając do tego, co im wychodzi najlepiej. Takim kolejnym powrotem do przeszłości był poprzedni album grupy, czyli „The Connection”. „F.E.A.R”, który jest już 8. płytą Jocoby'ego Shaddixa i spółki kontynuuje ten trend.

W gruncie rzeczy panowie po raz kolejny oparli swoją muzykę na prostym, ale zazwyczaj dobrze sprawdzającym się schemacie – mieszania łagodniejszych zwrotek z mocnymi refrenami - lub na odwrót. I trzeba przyznać, że Papcio Karaluch nie zapomniał jak porządnie przyłoić („Broken As Me”, „Skeletons”). Partie gitar, które zespół proponuje nam na „F.E.A.R” nie są oczywiście specjalnie odkrywcze, ale generalnie wpadają w ucho, o co pewnie chodziło. Wokal Jacoby'ego oczywiście również dodaje siły przebojowemu wymiarowi kawałków. Shaddix śpiewa w stylu, do którego zdążył przyzwyczaić – emocjonalne wysokie zaśpiewy łączy z okazjonalnymi krzykami i melodyjnym wrzaskiem w zwrotkach lub refrenach (w zależności od układu piosenki).

Kwestia przebojowości jest w przypadku Papa Roach kluczowa. Ponieważ Amerykanie nigdy nie stronili od ładnych melodii, także i tu ich obecność nie może dziwić. Nie mniej mam wrażenie, że chwilami chęć zaistnienia na listach przebojów doprowadziła do przesady. Utwór tytułowy i wieńczący całość, „Warriors”, rozpoczynają cukierkowe, wyciągnięte z notesu DJ'a (i to nie najlepszego) elektroniczne dźwięki. Trochę to pachnie dyskoteką i choć zdaję sobie sprawę, że raczej obrazuje to obecnie obowiązujące trendy, to niespecjalnie mi odpowiada. Skoro już narzekam, to nie podchodzi mi też wprowadzenie w niektórych momentach syntetycznej perkusji, która w zamierzeniu miała pewnie brzmieć dubstepowo. Syntetyczne brzmienie upodabnia paradoksalnie piosenki Papa Roach do wielu obecnie brzmiących w ten sposób zespołów – co w tym oryginalnego?

Łyżka dziegciu była, pora na beczkę miodu. No może nie beczkę, a szklankę. Otóż słuchając Papa Roach, należy zdać sobie sprawę z tego dla jakiego odbiorcy tworzona jest ta muzyka. Targetem dla tych dźwięków są ludzie niewymagający połamanych rytmów, siedemnastu riffów w minucie utworu i tzw. nieoczywistych melodii. Papa Roach tworzy dla publiczności typowo „radiowej”, gdzie nośność gitar i melodia wpadająca w ucho to podstawa (swoją drogą kto był na jednym z dwóch zeszłorocznych koncertów Papa Roach w naszym kraju, ten wie, że fanów zespołu i podobnego brzmienia w Polsce nie brakuje). I tak to właśnie wygląda w tym przypadku. Gdyby obrać piosenki zawarte na „F.E.A.R” z niepotrzebnych moim zdaniem dodatków (zawsze nazywam tego typu elektroniczne ozdoby „przeszkadzajkami”), zostałyby fajne, momentami dość ciężkie, innym razem nieco bardziej nastrojowe, ale po prostu fajne pop rockowe piosenki. I choć nie wszystkie utwory są jednakowo udane, to całość daje całkiem niezłą średnią.

Powrót Papa Roach to kolejna dosyć udana płyta w ich dyskografii. Oczywiście trudno uznać „F.E.A.R” za wydawnictwo przełomowe, a już na pewno nie przebija ona „Infest”, ale na to mało kto, zdaje się, liczył. W zamian dostajemy porcję niewymagającej wielkiego skupienia przebojowej muzyki, która dobrze sprawdza się zarówno w samochodzie (sprawdziłem) jak i wtedy, gdy chcemy odpocząć słuchając czegoś, co da się zanucić.

Ocena: 3,5/5

Magda Słomka
Tagi: Papa Roach Recenzje