03.05.2020 18:05

Podsłuchane w Antyradiu.pl: Najlepsze płyty kwietnia 2020

Dużo czasu spędzanego w domu, to też dużo okazji do przesłuchania nowych płyt. Nie wiecie, na co się zdecydować? Spieszę z pomocą. 

Podsłuchane w Antyradiu
foto: Antyradio.pl

Ale się porobiło w tym 2020, co? Dobrze, że chociaż streaming jeszcze jakoś działa i można uciec od złych wiadomości i zamiast kolejnych doniesień o koronawirusie, posłuchać muzyki. A jest czego. Kwiecień to kolejna garść ciekawych premier, z których niezwykle trudno było wybrać najlepsze krążki. Ale obiecałam, że będę wybierać, no to zapraszam. 

Podsłuchane w Antyradiu: Najlepsze płyty kwietnia 2020

Być może "ja z przyszłości" będzie odszczekiwać te słowa, ale niech stracę. W kwietniu ukazała się najlepsza płyta metalowa 2020 roku. Nie dam sobie ręki uciąć, ale wszystkie paznokcie bardzo chętnie za to, że nikomu nie uda się do grudnia zrobić na mnie większego wrażenia niż Nowozelandczykom z Ulcerate. "Stare Into Death and Be Still" to jeden z łatwiejszych w odbiorze albumów formacji i także jej kolejny krok do całkowitego wyjścia poza deathmetalowe standardy. Produkcja materiału wypada świetnie, chociaż jestem ciekawa, jak płyta brzmiałaby z bardziej wyeksponowanym basem. Zróżnicowane kompozycje tłumaczą chaos technicznego grania, zamiast go potęgować, a perkusista zagina swoim graniem czasoprzestrzeń. Powiedzieć, że od płyty bije siła, ekspresja i że pochłania słuchacza bez reszty, to jak nic nie powiedzieć.

Podsłuchane w Antyradiu
Podsłuchane w Antyradiu
Przeczytaj także Podsłuchane w Antyradiu.pl: Najlepsze płyty marca 2020 roku

Pozostając w klimatach ekstremy, podczas mojego cotygodniowego odsłuchiwania premierowych krążków, rzucił mi się w uszy nowy materiał Svartkonst. To jednoosobowy szwedzki projekt Rickarda Törnqvista, który potrafi wyciągnąć z black i deathmetalu to, co najlepsze, przesączyć przez własny styl i wydać album pokroju "Black Waves". Polecam szczególnie fanom Watain, Grave, a może nawet naszej rodzimej Mgły. W kwietniowym podsumowaniu nie mogło zabraknąć też basowego krążka "Summerland" od Dool. Mroczne, acz melodyjne gotyckie zapędy w stylu wczesnego Tiamat coraz częściej zapełniają moje listy odtwarzania, a Ryanne van Dorst dołączyła właśnie do mojej krótkiej listy wokalistek rockowych, których jestem w stanie słuchać bez przewracania oczami.

Odwołanie letnich festiwali nie bolało w żadnym momencie tak bardzo jak wtedy, gdy skończyłam odsłuchiwać najnowszy album Oranssi Pazuzu. Kiedy pomyślę sobie, że część kawałków z "Mestarin Kynsi" miałabym okazję usłyszeć na żywo już w czerwcu podczas Mystic Festivalu, trudno mi tłumaczyć sobie, że w obecnym czasie naprawdę istnieją gorsze tragedie niż niemożność pójścia na koncert. O Oranssi Pazuzu mówiło się wiele, a dyskusje czy to nadal black metal czy może już nie, nie miały końca. Po ostatnich albumach, które nie odbiły się szerokim echem w muzycznym świecie, od grupy oczekiwano dowodów, że wszystkie napisane wcześniej pieśni pochwalne na jej temat były słuszne, a "zjawisko" to określenie, które faktycznie powinno pojawiać się obok ich nazwy. I co? Muzycy namieszali po raz kolejny i wydali album jeszcze bardziej różnorodny, dość trudny w odbiorze, przebogaty, połamany, a zarazem przemyślany i na wskroś konkretny. Oblicz OP nie da się zliczyć. To kapela, która nie ma w swoim słowniku słowa "umiar". Czy to się kiedyś na nich zemści? Nie wiem, aktualnie są w swoim szaleństwie skuteczni jak nigdy wcześniej. 

Black Curse i ich "Endless Wound" kupili mnie od pierwszego kawałka na krążku. Różnorodne wokale, ciekawe aranżacje, imponujący skład, zaskoczenia kompozycyjne, a to wszystko zagrane w retro klimacie. Taki debiut ma szansę odcisnąć się na dłużej w metalowej historii światowej ekstremy, czego życzę muzykom ze swojego całego metalolubnego serduszka.

W ramach oddechu od metalowego łomotu warto zwrócić też uwagę na rockowe krążki. Kwiecień przyniósł nam album Elephant Tree w stonerowych klimatach, który zachwycił mnie akustycznym "The Fall Chorus" z pięknymi smyczkowymi wstawkami czy utworem "Broken Nails". Ten z kolei wyróżnia się na tle pozostałych 8 kompozycji i być może zwiastuje zmianę w twórczości grupy na kolejnych płytach. W zupełnie inne rejony zabierają nas muzycy z The Alligator Wine. "Demons Of The Mind" to płyta nagrana bez udziału gitar, co w przypadku rocka wydaje się niektórym niemożliwe. Album świetnie łączy energię The White Stripes, morrisonową psychodelię i klimat rocka z lat 70. Grupa idealnie wpasowuje się w czasy kultu nostalgii, a przy okazji ma szansę też oczarować osoby stawiające na nieco świeższe brzmienia. Chociaż od Wróżbity Macieja muszę się jeszcze wiele nauczyć, podejrzewam, że z odrobiną szczęścia w przyszłości jeszcze nie raz o The Alligator Wine usłyszymy. 

Największe zaskoczenie minionego miesiąca to dla mnie krążek Cirith Ungol. Heavymetal bardzo rzadko robi na mnie wrażenie, ostatni album oscylujący wokół gatunku, który uwielbiam i do którego często wracam, to debiut Idle Hands. I może na tym cały wic polega. Idle Hands zgrabnie łączą heavymetal z gotyckimi klimatami, z kolei w Cirith Ungol w wielu miejscach pobrzmiewa doomowy duch Black Sabbath. Grupa nie romansuje z nowymi trendami, daje nam oldschoolowy materiał, na który jej fani czekali prawie 30 lat. Moim zdaniem było warto.

Best rock_metal albums_ April (1)

Musicie się ze mną zgodzić, że muzycznie kwiecień należał w Polsce do Quebo. Poza rockowymi i metalowymi brzmieniami płyta "Romantic Psycho" była za mną niemal cały czas. Marketingowy majstersztyk, który odstawił w ostatnich miesiącach Kuba Grabowski dotarł chyba już do każdego, bez względu  na gust muzyczny. Super, że pomysł był nie tylko kreatywną promocją jego samego, ale też próbą pomocy potrzebującym, jednak najważniejsze, że cała otoczka wokół krążka nie przebiła świeżością i polotem samej muzyki. Scenę polskiego hip-hopu dokładnie i uważnie śledzę dopiero od 1,5 roku, ale Quebo to jeden z tych artystów rapświata, który wychodzi naprzeciw wszelkim stereotypom. Na "Romantic Psycho" nie tylko rapuje, ale śpiewa i to w większości o miłości. I opowiada o tym uczuciu lepiej niż niejedna ckliwa rockowa ballada.

Posłuchaj podcastu

Jeśli macie ochotę na muzykę lekką, łatwą i przyjemną polecam popowy album "Three. Two. One.". Chociaż chwilami mam wrażenie, że Lennon Stella nieco za bardzo inspiruje się innymi artystami i jeszcze szuka własnej muzycznej drogi, płyta ujęła mnie subtelnością i spokojem. Kwiecień to też Baxter Dury i jego alternatywne brzmienia ujmujące moje basolubne serduszko. O dziwo, język francuski i damskie wokale, których nie znoszę sprawdziły się tutaj świetnie. Fanów zadymionego, romantycznego lecz tętniącego życiem Nowego Jorku zapraszam do wysłuchania "The Night Chancers" szczególnie serdecznie. 

I na deser krakowskie Świetliki. Czarno-biała okładka "Wake Me Up Before You Fuck Me" ze stryczkiem zwisającym z drzewa idealnie kontrastuje z zadziornym tytułem. Podobny dysonans towarzyszył mi po włączeniu krążka. Marcin Świetlicki śpiewa o rzeczach nieprzyjemnych, z którymi trudno dyskutować, z którymi trudno się pogodzić, i o których trudno zapomnieć szczególnie podczas bezsennych nocy. I chociaż melancholii nie brakuje tu także w muzyce, to jest ona znacznie lżejsza w odbiorze, a mimo ponurego klimatu spokojnie można się do niej pobujać - niekoniecznie na stryczku.

Najlepszy koncert kwietnia 2020:

Oh, well. Miała tu być wielka pieśń pochwalna na cześć King Dude, który miał pojawić się na dwóch koncertach w Polsce w kwietniu właśnie. W ciemno wiem, że to by były występy, z których bym wyszła zaczarowana na miękkich nogach. Bo zawsze tak kończę spotkania z Królem Kolesiem. Ale cóż. Oby do zobaczenia w październiku. 

[Oba koncerty King Dude zostały przeniesione. Wrocławski występ w Firleju w towarzystwie By The Spirits odbędzie się 10 października, a krakowski ze składem Neal Cassady dzień później w Klubie Zaścianek. Zakupione bilety obowiązują, niezakupione należy czym prędzej zakupić.]

Z tej okazji wyjątkowo polecę Wam książkę. Nie jest to biografia znanego muzyka pełna anegdotek o tym, gdzie i z kim sobie przyćpał, czy wylądował w łóżku. Chociaż takie też czyta się nieźle. Na długie kwarantannowe wieczory polecam "Kucem być" człowieka, który kryje się pod pseudonimem Maria Konopnicka. Autor żyje muzyką i od najmłodszych lat zasypuje swój dom kasetami i płytami z ulubionymi dźwiękami, a przy okazji o każdym z tych wydawnictw może opowiedzieć wam swoją niebagatelną historię. Nie znajdziecie tam szczegółowych, technicznych recenzji, ale emocjonalne i barwnie opisane wspomnienia - prawdziwe czy nie - zachęcają do słuchania bardziej, niż przeczytanie kolejnego technicznego opisu riffów i pracy perkusji. Plus - kiedy ostatni raz płakaliście ze śmiechu czytając książkę? Ja za sprawą "Kucem być" całkiem niedawno.

Pink Floyd również zacznie udostępniać swoje koncerty za darmo w sieci
Pink Floyd również zacznie udostępniać swoje koncerty za darmo w sieci
Przeczytaj także Pink Floyd również zacznie udostępniać swoje koncerty za darmo w sieci
Tagi: Rock News