05.04.2020 17:42

Podsłuchane w Antyradiu.pl: Najlepsze płyty marca 2020 roku

Obejrzeliście już wszystkie seriale na Netflixie i HBO Go? Świetnie się składa, to teraz zróbcie sobie herbatę, usiądźcie wygodnie i nadróbcie marcowe premiery płytowe. Jest w czym wybierać! 

Podsłuchane w Antyradiu
foto: Antyradio.pl

Marzec 2020 niewątpliwie przejdzie do historii. Niestety wcale nie ze względu na garść świetnej muzyki, którą zaraz będę próbowała Wam wcisnąć w słuchawki i głośniki. Wiecie jak jest - nie za wesoło, ale trzymajcie się w tej zarazie, wykorzystajcie izolację na wszystko, na co nigdy nie mogliście znaleźć czasu. Zostańcie w domu, a w tle puśćcie sobie ulubione dźwięki, a jeśli nie macie na nie pomysłu (#teamGruzja), spieszę z pomocą. Płyty marca, które szczególnie wpadły mi w ucho są tak różne, że na pewno znajdziecie wśród nich coś dla siebie. A jeśli nie, to trudno - może za miesiąc mi się uda.

W moim marcowym zestawieniu nie mogło zabraknąć najnowszego wydawnictwa King Dude. Płyta "Full Virgo Moon" to akustyczna kontynuacja starszych krążków artysty. Fani ostatniego albumu Króla Kolesia - "Music to Make War To" raczej będą zawiedzeni prostotą i minimalizmem, które tym razem serwuje nam artysta. Muzyk wraca do starszych rozwiązań, nowy krążek jest w pełni odarty z ozdobników, eksperymentów, muzycznych wycieczek w nowe rejony. Brakuje na nim energii i entuzjazmu z poprzedniego wydawnictwa. Czy to oznacza, że jest gorszy? Na pewno inny, a reszta to rzecz gustu. King Dude nie zjada własnego ogona, tworzy muzykę dla samego grania i przekazywania emocji, które wylewają się z każdej jego płyty i każdego koncertu. W jego twórczości nie ma nic przemyślanego, nie wyczuwam w niej żadnej kalkulacji, zabiegów marketingowych, cienia biznesu. "Full Virgo Moon" to kolejne szczere opowieści z jego mrocznego, smutnego, ale jakże romantycznego świata. Nie wyobrażam sobie, że kiedyś przestanę ich słuchać z niepoprawną przyjemnością.

Mam ogromny szacunek dla Artura Rojka za cały jego wkład w rozwój polskiej muzyki alternatywnej, o ogarnianiu OFF Festivalu nawet nie wspomnę. Myslovitz to autorzy niejednego hymnu mojego pokolenia, symbol lat 90. w polskiej muzyce rockowej. Zespół powstał w roku mojego urodzenia i był pierwszym reprezentantem gatunku, którego miałam okazję usłyszeć na żywo w wieku bodaj 14 lat. I co? Ano właśnie nic. Nie pomogły sentymenty, listy przebojów i złote płyty. Nigdy nie udało mi się polubić twórczości Rojka - ani tej zespołowej, ani solo. Do marca tego roku. Odpaliłam "Kundla", żeby odhaczyć, że przesłuchałam i mieć spokój, a przy "Outro" okazało się, że oczy mi się trochę spociły. Niby słyszę, że materiał muzycznie nawiązuje do poprzedniej solowej płyty wokalisty, niby słyszę, że to nadal nie są do końca moje muzyczne klimaty i rzadko takie granie wpada mi w ucho, ale jest w tym krążku coś, co kazało mi wracać do niego kolejny raz, i jeszcze jeden, i jeszcze. To dojrzały materiał, jak zwykle bardzo osobisty, a momentami wręcz niezręczny dla odbiorcy, jak czytanie po ciemku z włączoną latarką czyjegoś pamiętnika. Ale to co trafia do mnie najbardziej, to inny rodzaj wrażliwości, niż ten, którego po "Kundlu" się spodziewałam. Jednym słowem: polecam.

Body Count - "Carnivore" to kolejna płyta, której bym się po sobie w tym zestawieniu nie spodziewała. Lubię ciężkie granie i lubię rap - osobno. Wszelkie hybrydy pokroju rapcore skreślam w ciemno. Bądźcie mądrzejsi i niczego nie skreślajcie przed przesłuchaniem, bo mogą umknąć Wam takie perełki. "Carnivore" brzmi jak materiał, który przeleżał w piwnicy długie lata i został wydany w dzień, w którym skończyła mu się data ważności. Ale wbrew pozorom w tym przypadku to według mnie jego największa zaleta. Te rymy od Ice-T, te hasłowe krzyki idealnie współgrające z krótkimi riffami, solówki, które nie irytują nawet mnie. A na deser Jamey Jasta i "Another Level", okładka Zbigniewa Bielaka i cover "Ace Of Spades". Jestem totalnie kupiona, tylko po co ten numer z Amy Lee, który muszę za każdym razem przeskakiwać?

Posłuchaj podcastu

Gdyby ktoś mi pół roku temu powiedział, że wymienię w jakimkolwiek zestawieniu poza "najbardziej przehajpowane płyty dekady" materiał Me And That Man, to bym go wyśmiała. Ale czy można zepsuć krążek z takimi nazwiskami w składzie? Pewnie jak się człowiek uprze, to da radę. Jednak tym, przy czym niewątpliwie upiera się Nergal od lat, niezależnie od projektu nad jakim pracuje, jest jakość. Na "New Man, New Songs, Same Shit. Vol.1" także jej nie brakuje. To krążek dopieszczony i wygłaskany kompozycyjnie, produkcyjnie i brzmieniowo. Porównania do Tarantino są tutaj nieuniknione, a nawet nieco narzucone przez Darskiego, który nawiązuję do filmowej legendy już w klipach zapowiadających album. Nergal potrafi obserwować trendy i mistrzowsko wyłapywać z muzycznego świata najlepiej żrące elementy i umieszczać je w swojej twórczości.

koncerty
koncerty
Przeczytaj także Summer Dying Loud ogłasza kolejnego headlinera. Do składu festiwalu dołącza również Me And That Man i inni

Jednak w przeciwieństwie do reżysera, Darski nie zrewolucjonizuje rynku swoim krążkiem, nie dokona przełomu, a o płycie szybko przestanie się dyskutować, bo jest w dużej mierze po prostu przemyślanym produktem. Dobrym, ale jednak produktem. Oddanie głosu swoim kompanom i zrobienie kroku w tył -  to najlepsze, co Darski zdecydował się uczynić wydając kolejny darkfolkowy krążek. Fakt, że to od początku do końca jego płyta jest słyszalny i nie trzeba tego na każdym kroku udowadniać, a każda taka próba wypada po prostu źle, jak chociażby w utworze "Męstwo", który nie powinien się na tym krążku w ogóle znaleźć. "New Man, New Songs, Same Shit. Vol.1" to też dowód na to, że starcie w projektach dwóch silnych osobowości, nie tylko muzycznych, jednym rozwija skrzydła, a innych zmusza do prowadzącej donikąd rywalizacji. Tak było w przypadku "Songs of Love And Death", która była wyłącznie próbą udowodnienia nie wiadomo komu nie wiadomo czego. 

Najdziwniejszą i jednocześnie najciekawszą płytą marca była "Spirituality and Distortion". Zdefiniować granie Igorrra to jak wymienić jeden język, który usłyszymy zwiedzając Szwajcarię. To artysta, któremu nie wystarcza eksperymentalne granie. On kwestionuje zasady gatunku, który z założenia ich nawet nie ma. Szorstka elektronika miesza się tu z ciężkimi, prostymi riffami. Kawałki po sobie nie wybrzmiewają, ale sprawiają wrażenie, jakby uczestniczyły w wyścigu, a płyta mimo swoich dziwactw jest w nieco masochistyczny sposób bardzo przyjemna dla ucha. 

Kolejna moja propozycja na wiosenne wieczory w izolacji to masywny, ciężki i ponury krążek od Rotting Kindgom. "A Deeper Shade Of Sorrow" wypełniają mroczne, klimatyczne melodie i kochane przeze mnie terkoczące brzmienie basu. Zespół czerpie garściami z doomu i death metalu lat 90., a ich inspiracje wypływają z głośników miejscami wręcz nachalnie. Jednak chyba największym komplementem na jaki mogę sobie pozwolić pisząc o tej płycie jest fakt, że muzykom udało się nagrać album, który moim zdaniem zasługuje na Wasz czas bardziej, niż najnowszy, okrutnie nudny twór My Dying Bride - kapeli, którą artyści od początku ewidentnie się inspirują. Cóż, może to czas na zmianę warty? 

Przedostatnia z płyt, które w marcu zrobiły na mnie największe wrażenie to "The Eternal Resonance" formacji Sweven. Projekt autorstwa Roberta Anderssona z Morbus Chron nie bez przyczyny nosi nazwę drugiej płyty jego poprzedniej kapeli. Sweven zaskakuje, mąci, dezorientuje słuchacza, który przywykł do nieco innej estetyki w deathmetalowym światku. Krążek pokazuje odmienną, nieco bardziej progresywną, melodyjną, a może nawet psychodeliczną drogę, którą można obrać nadal funkcjonując w obrębie tak ekstremalnego gatunku. Wielowątkowa "The Eternal Resonance" jest dziwna, chaotyczna i miejscami trudna w odbiorze, ale mnie zaczarowała. Może zaczaruje też kogoś z Was, spróbujcie.

Marcowe zestawienie zamyka Heaven Shall Burn i krążek "Of Truth And Sacrifice". Muzykom udało się stworzyć krążek wpasowujący się w charakterystykę ich dyskografii, jednocześnie serwując słuchaczowi różnorodność i materiał pełen jadu, rozmachu i wściekłości. Nigdy wcześniej żaden album tej kapeli mnie nie zachwycił, więc czuję, że mam prawo stwierdzić, że to jedno z najlepszych wydawnictw jakie Heaven Shall Burn ma na koncie. Słyszałam opinię, że materiał nic by nie stracił, gdyby skondensowano go na jednej płycie, a 19 numerów i niemal 100 minut to zdecydowanie za dużo. Wzruszę tylko ramionami i odpalę "Of Truth And Sacrifice" po raz n-ty, co sugeruję również i Wam. 

Najlepsze płyty marca 2020:

  • King Dude - Full Virgo Moon
  • Artur Rojek - Kundel
  • Body Count - Carnivore
  • Me And That Man - New Man, New Songs, Same Shit Vol. 1
  • Igorrr - Spirituality and Distortion
  • Rotting Kingdom - A Deeper Shade Of Sorrow
  • Sweven - The Eternal Resonance
  • Heaven Shall Burn - Of Truth And Sacrifice

A jeśli macie dość rockowego i metalowego grania, w marcu ukazało się wydawnictwo "Art Brut 2" autorstwa grupy PRO8L3M, które gra na sentymentach. To echo kaset VHS, polonezów i gumy Turbo. Podobną narrację przyjęło wielu współczesnych raperów i nie tylko, a nostalgia stała się kartą przetargową wszelkich tworów kultury. Jednak w "Art Brut 2" płynie to niezwykle naturalnie, a numer "Piekło jest w nas" z Majką Jeżowską, sztos - spróbujcie się do tego nie pobujać. 

Popowym światem zatrzęsła Dua Lipa i jej "Future Nostalgia". Taneczne wydawnictwo to w dużej mierze hołd dla klimatów disco z lat 80. Jednak na krążku nie zabrakło też funkowego bujania, czy wycieczek w stronę wyrazistego R&B. To idealna ścieżka dźwiękowa do panującej za oknem wiosny, nawet jeśli musimy spędzać ją w tym roku w domu, a może własnie przede wszystkim dlatego. Na poprawę humoru, a co. 

Poważnie zastanawiam się nad ustanowieniem wiolonczeli moim ulubionym instrumentem zaraz po gitarze basowej. Partie tego instrumentu w grupie Leprous nieodwracalnie podbiły moje serce na lutowym koncercie w Progresji. W marcu przyszedł czas na Alison Chesley znaną jako Helen Money, która nagrała doskonały album "Atomic". To smutne do bólu wydawnictwo, które łączy ze sobą klasykę z awangardą. Kusi subtelną elektroniką, statecznymi syntezatorami i ciężkimi gitarowymi brzmieniami prosto z postrockowych rejonów. Nic dodać nic ująć, piękny i niezwykle emocjonalny album.

Najlepszy koncert marca 2020:

Zdaję sobie sprawę, że w obliczu tego, co dzieje się teraz na świecie mój problem w postaci braku możliwości pójścia na koncert jest tak istotny, jak zawieszenie działalności Comy dla fanów black metalu. Ale kiedy przypomnę sobie jak ja z przeszłości wydrapywała na ścianie kolejne kreski symbolizujące dni, które pozostały do koncertów King Dude w kwietniu, to rośnie mi wielka gula w gardle. Owszem, wydarzenia się odbędą w późniejszym terminie, ale niesmak pozostaje, a kapryśny gó*niak wewnątrz mnie tupie i krzyczy, że chce teraz i już. Usprawiedliwilibyście jednak ból mojej tylnej części ciała, jeśli zerknęlibyście na mój koncertowy kalendarz i plany na marzec i kwiecień. Jest nad czym płakać. Mimo wszystko warto wspomnieć w tym miejscu, że udało mi się pojawić w minionym miesiącu na wydarzeniu godnym polecenia.

6 marca w warszawskiej Hydrozagadce wystąpili panowie ze Spiritual Front. Pierwszy raz na koncercie tych neofolkowych romantyków byłam niemal równy rok temu, kiedy supportowała ich jedna z moich ulubionych polskich kapel - Them Pulp Criminals. Niestety tym razem Tymek i spółka postanowili ominąć Warszawkę i zagrać z SF tylko w Krakowie. Z kolei Spiritual Front podzielili set na covery The Smiths oraz swoje autorskie numery. Nie jestem fanką żadnej twórczości Morrisseya, za to członków Them Pulp Criminals - każdej. Dlatego znowu niby wyszło średnio, ale nie do końca.

Koncerty Spiritual Front to plasterek na moją zbolałą duszę złaknioną kapel, które doskonale znają swój target, wiedzą po co wychodzą na scenę, co chcą przekazać oraz zapewniają słuchaczowi wachlarz skrajnych emocji, które nie opadają aż do wybrzmienia ostatniej nuty w secie. Nihilistyczny samobójczy pop nie brzmi jak definicja radosnego wieczoru, jednak patrząc na absolutnie genialnego Simone'a wijącego się na scenie z zawadiackim spojrzeniem, nie da się przestać uśmiechać.

Muzyka Spiritual Front jest zmysłowa, kusząca, melodyjna. Romantyzm ściga się tu z perwersją, delikatność nie ustępuje obcesowości. Mózg popsuty. I niech się może nie naprawia. Muzycy pewnie niedługo wrócą do Polski, wybierzcie się na ich sztukę koniecznie. 

Zobacz też: Więcej metalu na Summer Dying Loud 2020. Kolejni wykonawcy dołączyli do line-upu imprezy 

Tagi: Rock News