25.02.2015 09:29

Scorpions – Return to Forever

Od lat zespół kojarzony jest z balladami – z „Wind of Change” na czele. „Return to Forever” to udana próba powrotu do dawnego brzmienia.

Scorpions – Return to Forever
foto: materiały prasowe

Scorpionsi wydają płyty regularnie, choć poprzedni krążek studyjny „Sting in the Tail” miał być ostatnim w ogóle w ich karierze. To, co od tamtej pory dostaliśmy do posłuchania, to albo kompilacje, albo różnego rodzaju wydawnictwa koncertowe.

Też macie tak, że na kolejne płyty Scorpions czekacie bez specjalnego podniecenia? Dla mnie najlepsze lata tego zespołu to czasy sprzed wylansowania wielkich hitów grupy, takie krążki jak „Blackout” lub „Love at First Sting”. Od lat zespół ten kojarzony jest z balladami – z „Wind of Change” na czele. Niby to świetna piosenka, ale zamknęła zespół w szufladzie z której nie zawsze potrafił (nie chciało im się?) wyjść. Oczywiście na nowej płycie nie zabrakło ballad opartych na wokalu Klausa Meinego, ale całą płytę trzeba oceniać jako udaną próbę powrotu do dawnego brzmienia.

Już rozpoczynający całość „Going Out with the Bang” to pełen czadu, wysokooktanowy killer ze świetnym do skandowania refrenem. Gitary tną powietrze jak należy z lekko metalowym feelingiem. Na takich utworach oparta jest zdecydowana większość płyty. Świetny motyw przewodni gitary razem z szybkim skandowanym wokalem to paliwo kolejnego hymnu „Rock'n'Roll Band”. Słychać tu trochę Judas Priest, a w refrenach trochę podmetalizowanego Blackmore'a.

Panowie Schenker i Meine, którzy obecnie stoją na czele zespołu, z dużą wprawą mieszają wątki, których sami używali w przeszłości, bądź podbierają pomysły kolegom po fachu. Jeśli usłyszycie w świetnym riffie „Catch Your Luck and Play” coś z AC/DC, to pewnie macie rację.

Wyżej pisałem o Judas Priest i Ritchiem Blackmorze. W takich zapożyczeniach nie ma oczywiście nic złego, jeśli tworzy się w oparciu o nieprzekonujące dźwięki, a to udaje się Scorpionsom bez trudu. W muzyce heavymetalowej i hardrockowej nic odkrywczego już się nie wymyśli, co sprawia, że umiejętność stworzenia dobrych piosenek jest jeszcze bardziej w cenie.

Schenkerowi udało się napisać sporo charakterystycznych riffów. Na płycie znalazło się 12 piosenek, z czego może 2-3 są nieco słabsze od reszty (m.in. trochę mdła ballada „Rollin' Home”). Poza nimi na „Return to Forever” znajdziemy prawie same mocne pozycje. Kilka razy gitarzyści uraczą nas wykonanymi na najwyższym poziomie solówkami, z tym akurat nigdy w obozie Scorpions nie było problemu.

Parę zdań poświęcić trzeba Pawłowi Mąciwodzie, który od paru ładnych lat gra w Scorpions na basie. Jego partie, podobnie jak perkusisty Jamesa Kottaka, są na pierwszym planie na równi z wokalem. Tak właśnie powinna być wyprodukowana płyta hardrockowa. Sekcja ma napędzać muzykę kapeli, ma być jej paliwem. Oczywiście Paweł gra tak, jak pozwalają mu na to ramy, w jakich porusza się zespół, ale kilka ciekawych zagrywek da się wychwycić i to w przypadku basisty bardzo cieszy.

Mówiąc szczerze, nie spodziewałem się, że Scorpionsi „dociągną” swojej pięćdziesiątki. A tu proszę nie dość, że mimo plotek o rozpadzie zespół przetrwał, to jeszcze wydał bardzo dobrą płytę. „Return to Forever” to godne uczczenie pięknego jubileuszu. W takiej formie niech grają kolejne pół wieku.

Ocena: 4/5

Urszula Drabińska
Tagi: Recenzje Scorpions