25.09.2018 15:29

Slash ft. Myles Kennedy & The Conspirators - „Living the Dream” [RECENZJA]

Slash kontynuuje współpracę z Mylesem Kennedym i zespołem The Conspirators na ich 3. albumie pt. „Living the Dream”. Jak wygląda życie na jawie w wersji gitarzysty Guns N' Roses?

Slash
foto: kadr z wideo

Wygląda mocno przeciętnie. Niestety, nowy album Slasha i spółki nie utrzymuje dość wysokiego poziomu poprzedniczek, a także nie jest tak różnorodny jak pierwszy solowy album gitarzysty, na którym gościnnie wystąpili m.in. Chris Cornell, Ozzy Osbourne czy M. Shadows z Avenged Sevenfold. Ale po kolei.

Krążek „Living the Dream” wita nas drapieżnie zaczynającym się, ale na dłuższą metę niegroźnym utworem „The Call Of The Wild”, który brzmi jak nieco mniej rozbrykana wersja jakiegoś hitu Steel Panther. Tekst jest wręcz banalnie prosty, a Myles Kennedy krzyczy w nim o potrzebie zaspokojenia swojego zewu dziczy (co z resztą sugeruje sam tytuł). Piosenka nie porywa, ale nie jest to też najgorszy kawałek na płycie - ot, całkiem poprawny otwieracz.

Nowy album Slasha i Mylesa Kennedy'ego

Sprawa zaczyna wyglądać gorzej w kolejnych utworach - bluesujący na początku „Serve You Right” zamienia się w średniej jakości glamrockowego walca, który brzmi jak odrzut z „Appetite for Destruction” GN'R. Do tego jest niepotrzebnie przedłużony o wokalizy Mylesa Kennedy'ego, którym towarzyszy wyjątkowo nieporywająca solówka Slasha. Następny na trackliście jest utwór „My Antidote”, który bardzo przypomina „The Call Of The Wild” - jest jednak nieco wolniejszy od otwieracza, przez co jest automatycznie mniej energetyczny. Sama piosenka opowiada natomiast o tym, że muzyka jest dla panów z grupy Slash ft Myles Kennedy & The Conspirators antidotum na wszystkie problemy. I ten pozytywny przekaz nie zmienia jednak faktu, że sam utwór jest bardzo wtórny i ogólnie raczej szybko o nim zapomnicie. 

Następny na liście jest „Mind Your Manners”, czyli 2. singiel zapowiadający „Living The Dream”. Wszyscy go pewnie słyszeliście więc nie ma się co nad nim rozwodzić - poprawny hardrockowy kawałek, który niczego nie urywa, ale raczej nie będziecie też przełączali stacji radiowej, gdy ta postanowi go puścić. Taki przeciętniak, ale przynajmniej trochę zadziorny. „Lost Inside The Girl” brzmi natomiast jak parodia glamrockowych ballad z repertuaru starego Bon Jovi czy innego Def Leppard. Tandetny tekst o dziewczynie, co ma oczy jak diamenty, a do tego niezbyt porywająca część instrumentalna łączą się w mało satysfakcjonujący efekt końcowy. Chociaż tu (a także prawdę mówiąc w większości utworów na płycie) sytuację ratuje nieco niezła solówka Slasha, która następnie jest momentalnie popsuta pseudo-emocjonalnym refrenem Kennedy'ego.

Jednak jeszcze gorszą balladą jest kawałek „The One You Love Is Gone”. Ckliwa akustyczna piosenka na pierwszy rzut ucha naprawdę brzmi jak parodia, która wyszła spod rąk znów wspomnianych panów ze Steel Panther. Jednak niestety utworowi Slasha nie towarzyszy rubaszny i absurdalny tekst o uprawianiu seksu w toalecie czy innych występkach, a jedynie wspominanie przeszłości, w której podmiot przytulał swoją ukochaną. Można twierdzić, że glam rock jest z natury gatunkiem tandetnym, ale istnieje coś takiego jak „granice dobrego smaku”. Ten utwór je absolutnie niszczy.

Najbardziej przeciętny album Slasha

Moglibyśmy tak wymieniać każdy kawałek pojedynczo, ale jest to nieco bezsensowne, ponieważ większość utworów jest do siebie tak podobnych, że szkoda nawet o tym pisać. Nie tylko riffy są wręcz bliźniaczo do siebie podobne - większość rytmów perkusyjnych na „Living the Dream” można by pozamieniać miejscami i nikt by się nawet nie zorientował. Dla niektórych ogromnym problemem może być również sam wokal Mylesa Kennedy'ego - należę do tych osób, które nie przepadają za jego głosem. To w połączeniu z faktem, iż nowy album Slasha jest przeciętny instrumentalnie sprawia, że słuchanie go staje się niezbyt przyjemnym doświadczeniem.

>> ZOBACZ TEŻ: Slash zagra 12 lutego 2019 w łódzkiej Atlas Arenie <<

Slash nie imponuje pomysłowymi riffami (początek „Ghost” z pierwszego solowego albumu gitarzysty), jego solówkom brakuje pazura (chociaż nadal są najlepszymi częściami większości utworów), brakuje również wpadających w ucho refrenów, które moglibyśmy nucić godzinami. Wspomnieliśmy wcześniej o tym, że utwór „My Antidote” jest wtórny i szybko o nim zapomnicie - niestety, te słowa idealnie podsumowują najnowszą płytę gwiazdy Guns N' Roses. 

Ocena: 5/10

PS. Jeżeli lubicie wokal Mylesa Kennedy'ego, to śmiało możecie dodać do oceny jeden punkcik. 

Kamil Kacperski
Tagi: Slash Recenzje