"Czarna Orchidea", Neil Gaiman - [RECENZJA]

26.03.2021 14:10
Czarna Orchidea - Neil Gaiman, Dave McKean Fot. Egmont/materiały prasowe

"Czarna Orchidea" autorstwa Neila Gaimana i Dave'a McKeana swego czasu była przełomem nie tylko w historiach ze świata DC, ale również w całym gatunku, jakim jest komiks suberbohaterski. Czy warto sięgnąć po ten tytuł ponad 30 lat po premierze?

Istnieją takie pozycje w dorobku kulturalnym ludzkości, które są ponadczasowe. Tyczy się to również komiksów, szczególnie tych przełomowych, wychodzących poza schemat, niemieszczących się w ramach narzuconych przez czasy, w których powstały. Zdaniem wielu osób należy do nich trzyzeszytowa miniseria "Czarna Orchidea" autorstwa Neila Gaimana i Dave'a McKeana. Wydawnictwo Egmont wypuściło na polski rynek wznowienie tego powszechnie chwalonego tytułu w serii Mistrzowie Komiksu.

Czarna Orchidea Fot. foto: Czarna Orchidea/Egmont Polska/materiały prasowe

Gaimana nie trzeba chyba nikomu przedstawiać, bo ten utalentowany twórca, będący pisarzem, scenarzystą komiksowym i filmowcem przyniósł światu tak wiele słynnych tytułów, że w jakiś sposób przeciętny zjadacz popkultury musiał zetknąć się z jego pracami. McKean to równie wszechstronny artysta, który w swojej karierze pracował między innymi z Grantem Morrisonem, Hestonem Blumenthalem, Rayem Bradburym i Stephenem Kingiem. Zresztą każdy, kto kojarzy najsłynniejszy komiks Gaimana, czyli "Sandmana" na pewno pamięta piękne okładki autorstwa McKeana.

Na długo, zanim powstał "Sandman", a Gaiman stworzył wiele swoich innych słynnych dzieł, pojawiła się "Czarna Orchidea" - miniseria, która sprawiła, że brytyjscy twórcy zakorzenili się na stałe w umysłach milionów fanów komiksów na całym świecie. Był to bowiem przełomowy komiks wydawnictwa DC, który rzucił zupełnie nowe światło na przygody superbohaterów.

Lata 80. to okres, w którym zadebiutowały takie komiksy jak "Strażnicy" Alana Moore'a czy "Batman: Powrót Mrocznego Rycerza" Franka Millera, na dobre wywracające do góry nogami postrzeganie herosach w kolorowych strojach i nadające ton historiom, które pojawiały się w kolejnych latach. Trochę zapomnianą i niedocenioną pozycją, która również przyczyniła się do tego, że Współczesną Erę Komiksu określa się również mianem Mrocznej Ery Komiksu jest również "Czarna Orchidea".

Komiks powstał w roku 1988 i był to pierwszy tytuł DC, który pod swoje skrzydła otrzymał Gaiman. Jak na brytyjskiego twórcę przystało, postanowił wykorzystać średnio kojarzoną postać, którą otrzymał, by stworzyć nowatorską historię o superbohaterach. Bazując na dokonaniach Moore'a i Millera powołał do życia pełną brutalności opowieść o narodzinach zupełnie nowego rodzaju protagonistki, której daleko o krzykliwych kostiumów, niesamowitych mocy i mordobicia, jako jedynego argumentu przemawiającego do złowieszczych czarnych charakterów knujących swoje dziwaczne plany podbicia świata.

Czarna Orchidea Fot. Czarna Orchidea

"Czarna Orchidea" to dekonstrukcja tradycyjnej opowieści o superbohaterach. Jeśli szukacie naiwnej opowiastki o walce dobra ze złem, okraszonej typowymi dla gatunku rysunkami, to trafiliście pod zły adres. Nie oznacza to jednak, że nie możecie zostać i poznać historii o Susan Linden, a raczej tego, co po niej zostało. Bo Gaiman postanowił rozpocząć swoją miniserię z przytupem - zabijając tytułową bohaterkę, tym samym łamiąc jedną z głównych zasad komiksowej historii. W tym prologu do "Czarnej Orchidei" pojawia się też wątek metatekstualności. Złoczyńca, który zabija bohaterkę, informuje ją wprost, że oglądał filmy szpiegowskie i czytał komiksy, z tego powodu nie zamierza zostawić jej na pastwę zmyślnej pułapki, którą można rozbroić, tylko wyeliminować pierwszym zwyczajnym, ale najbardziej efektywnym sposobem, jaki istnieje.

Oczywiście "Czarna Orchidea" to komiks superbohaterski, więc główna bohaterka wraca do życia, ale jest odmieniona. W jej metamorfozie i szukaniu odpowiedzi na pytania dotyczące jej tożsamości, można dopatrywać się symbolicznego przekształcenia się komiksu bohaterskiego w zupełnie nową formę tego gatunku. Pojawia się w nim masa wątków, które nie są typowe dla tradycyjnego ukazywania historii o superbohaterach. W "Czarnej Orchidei" akcji doświadczymy bardzo niewiele, za to dużo jest różnego rodzaju aktów przemocy. Nie ma konwencjonalnego czarnego charakteru, mimo że w tej roli występuje nie kto inny tylko Lex Luthor. Brakuje też typowego dla amerykańskich tekstów kultury motywu odwetu i zemsty za wyrządzoną krzywdę. Gaiman decyduje się na zaskakujące jak na komiks superbohaterski rozwiązanie, niemieszczące się w konstrukcjach charakterystycznych dla historii superbohaterskich.

Fabuła nie jest skomplikowana, chociaż tego typu stwierdzenie można wygłosić dopiero po przeczytaniu komiksu. Charakterystyczny styl pisania Gaimana, ocierający się niekiedy nawet o poezję, za pomocą którego scenarzysta buduje atmosferę i tajemnicę wokół głównej bohaterki i jej motywacji, w trakcie lektury może sprawić, że czytelnik będzie czuł się zagubiony. To zresztą kolejna cecha, którą w typowym komiksie superbohaterskim trudno spotkać. Historia jest prosta, ale nie prostacka, pewne rzeczy pozostają niedopowiedziane i czytelnik musi sam wyjaśnić sobie niektóre wątki. Podobnie jest zresztą jeśli chodzi o zakończenie. Streszczając "Czarną Orchideę" można powiedzieć, że to opowieść o nowej Susan Linden, która odrodzona jako hybryda człowieka i rośliny postanawia pozostawić w tyle dawne życie i dramaty, by stworzyć coś zupełnie nowego. Na jej drodze stają wcześniej wspomniany Luthor oraz jej były mąż Carl Thorne.

To jednak tylko zewnętrzna powłoka tego komiksu, bo pod spodem, kryje się znacznie więcej. Poruszone przez Gaimana wątki są komentarzem dotyczącym lat 80. XX wieku, które o dziwo wciąż są aktualne. Nie chodzi jedynie o kwestie niszczenia dzikiej przyrody i czarnych wizji dotyczących przyszłości ludzkości, ale przede wszystkim traktowania kobiet przez społeczeństwo, zagrożenia ze strony wielkich korporacji, które stoją ponad prawem oraz zjawiska nadużywania przemocy. W każdym z trzech zeszytów twórcy zaprezentowali różne aspekty brutalności i motywacje osób, które się jej dopuszczają. Naprzeciw sprawcom przemocy stoi tytułowa superbohaterka, która postanawia odżegnać się od prymitywnych sposobów rozwiązywania konfliktów. Tutaj też pojawia się pewien dysonans poznawczy u czytelników typowych komiksów superbohaterskich, gdzie przemoc, nawet ta w dobrej wierze, jest przecież ważnym elementem gatunku.

Mimo że "Czarna Orchidea" to dekonstrukcja tytułowej bohaterki, która zadebiutowała w 1973 roku jako kolejna postać walcząca ze złem za pomocą nadludzkich mocy, Gaiman nie ignoruje jej komiksowej tradycji, ani nie ucieka w swojej twórczości od koherentności uniwersum DC. Cała historia, chociaż różni się od typowych komiksów z tamtego okresu, jest osadzona w świecie zamieszkanym przez Batmana, Supermana, Wonder Woman i Flasha. Gościnnie pojawia się zresztą kilku dobrze znanych bohaterów i złoczyńców - Mroczny Rycerz, Swamp Thing, Mad Hatter, Poison Ivy, czy Two-Face. Pełnią oni jednak role epizodyczne, by zaznaczyć czytelnikom, że komiks rozgrywa się w uniwersum DC.

Czarna Orchidea Fot. foto: Czarna Orchidea/Egmont Polska/materiały prasowe

Rysunki w "Czarnej Orchidei" to zupełne odrębny temat. McKean słynie ze swojego dystynktywnego stylu, będącego połączeniem fotorealizmu z onirycznym ekspresjonizmem, który do historii Gaimana pasuje idealnie. Z jednej strony podkreśla brutalizm i realizm fabuły, a z drugiej odnosi się do metafizycznych i symbolicznych elementów opowieści. Każdy kadr to w zasadzie malarskie dzieło sztuki, a nie typowa dla superbohaterów prosta kreska i żywa barwa. W "Czarnej Orchidei" wszystko jest rozmyte, senne, dziwaczne i nierzeczywiste jak tytułowa bohaterka. Tego typu rysunki mają więc coś wspólnego z naturą, która też pełni ważną rolę w komiksie i również jest do bólu przyziemna i jednocześnie mistycznie tajemnicza.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione powyżej elementy trudno nie przyznać, że "Czarna Orchidea" była przełomem w świecie DC i całego komiksu superbohaterskiego. Oczywiście wcześniej szlaki Gaimanowi i McKeanowi przetarli inni twórcy, ale duet zwrócił uwagę na cechy gatunku, które poprzednicy przeoczyli. Wszystko ładnie pięknie, ale trzeba pamiętać, że od premiery "Czarnej Orchidei" minęło ponad 30 lat. Czy z dzisiejszej perspektywy komiks nadal działa?

I tak i nie. Czytając "Czarną Orchideę" czytelnik nie ma poczucia obcowania z komiksem, który specjalnie się zestarzał zarówno pod względem fabularnym, jak i rysunkowym. Problem polega jednak na tym, że jeśli osoba czytająca "Czarną Orchideę" jest obeznana ze współcześniejszymi komiksami i po ten tytuł sięgnie po raz pierwszy w 2021 roku, nie zrobi on na niej takiego wrażenia, jak na czytelnikach sprzed lat. To, co trzy dekady temu było przełomowe i odkrywcze, dziś już takie nie jest, bo kolejni twórcy wykorzystywali podobne zabiegi, które z czasem stały się czymś oczywistym.

Zbliżając się do końca recenzji, nie wypada nie wspomnieć o polskim wydaniu zbiorczym tej miniserii. Podobnie jak inne pozycje z serii Mistrzowie Komiksu, "Czarna Orchidea" również dostała twardą okładkę i gruby, dobrej jakości papier, dzięki któremu można podziwiać rysunki McKeana. Komiks jest opatrzony wstępem z 1991 roku autorstwa Mikala Gilmore`a - dziennikarza z "Rolling Stone". To jednak nie koniec dodatków. Osoby interesujące się powstawaniem komiksów, mają okazję zajrzeć za kulisy tworzenia "Czarnej Orchidei". Czytelnicy dostali bowiem przedruki oryginalnych notatek, szkiców i fragmentów scenariusza Gaimana. Na uwagę zasługuje też bardzo dobre tłumaczenie Pauliny Braiter. W pewnych momentach zatracają się pewne znaczenia oryginału, ale wynika to z nieprzetłumaczalności niektórych angielskich zwrotów, czy nazw.

"Czarna Orchidea" niewątpliwie należy do klasyki komiksu i była przełomem w gatunku historii o superbohaterach, ale na pewno nie jest pozycją dla wszystkich. Nie chodzi jedynie o poziom brutalności, czy powagę tego tytułu. Osoby, które od komiksów superbohaterskich oczekują jedynie zwyczajnej rozrywki, tutaj raczej jej nie znajdą. Jest to jednak tytuł dla bardziej wybrednych czytelników, będący zmęczeni przewidywalnymi fabułami i zwyczajnymi rysunkami, do których przyzwyczaił nas przemysł komiksów mainstreamowych, a także tych osób, które z reguły po historie o herosach w trykotach nie sięgają.

P.S. Żadnego fana DC i miłośnika twórczości Gaimana i McKeana chyba nie trzeba przekonywać, że "Czarna Orchidea" musi znaleźć się na ich półkach.

Ocena: 8/10

Polecamy
Sergiusz Kurczuk
Sergiusz Kurczuk Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.