Psy też mają 9 żyć...

01.09.2016 10:16
Psy też mają 9 żyć... Fot. kadr z wideo

Jednym z najniebezpieczniejszych sportów motorowych na świecie są… rajdy. Przekonał się o tym pewien czworonóg z Boliwii.

Można mówić o ogromnej rozbieżności między rajdami a wyścigami. Podczas gdy wypadniecie z trasy na tych pierwszych może skończyć się uderzeniem w drzewo przy dużej prędkości – niekiedy mocno przekraczającej 150 km/h – to o bezpieczeństwo na torach wyścigowych dbają energochłonne bandy, skonstruowane po to, by przejąć na siebie większą siłę uderzenia.

Przerażać może także świadomość, że fani rajdów często okazują się być niezwykle nieodpowiedzialni i stoją w niebezpiecznych miejscach. Wskutek takiej lekkomyślności nierzadko dochodzi do śmiertelnych potrąceń. Najmądrzej nie postąpił również czworonożny kibic.

Postanowił on wcielić się w rolę rajdowego samochodu i napędzany wszystkimi swoimi kończynami przemierzał przez sam środek trasy rajdu De Santa Cruz. Z racji niedostatecznej mocy – według specjalistów oscylującej wokół 1 psa niemechanicznego – został dogoniony przez znacznie szybciej poruszającego się kierowcę Mitsubishi Lancera. Szczęśliwie dla niego, uniknął śmiertelnego potrącenia, co zawdzięcza tzw. „hopce”:

Bieg wydarzeń tym bardziej może dziwić, zważywszy na fakt, że sierściuch nie należy do rodziny kotowatych, tylko psowatych. A jak powszechnie wiadomo, wyłącznie te pierwsze mogą pochwalić się imponującą liczbą 9 żyć.

O czyhających na trasach rajdów niebezpieczeństwach wielokrotnie przekonywał się również utytułowany kierowca – Sebastian Ogier. Trzykrotny mistrz świata został uwieczniony na filmie jak podczas samochodowych zmagań wymija stadko krów beztrosko przecinające jezdnię. Szczęśliwie, kierowcy wyczynowego Volkswagena Polo R WRC udało się wyminąć zwierzęta.

Znacznie mniej szczęścia miał Robert Kubica. Pechowego 6 lutego 2011 roku uległ wypadkowi podczas pierwszego odcinka specjalnego rajdu Ronde di Andora. Jego Skoda Fabia S2000 Evo2 uderzyła lewą stroną w barierę przy jezdni. Ta przebiła ścianę grodziową pojazdu i raniła Polaka.

O ile w rajdach należy liczyć się z ogromnym ryzykiem, o tyle w wyścigach można czuć się relatywnie bezpiecznie. Zatem za tym bardziej pechowy można uznać wypadek francuskiego kierowcy F1 – Julesa Bianchi. Podczas Grand Prix w Japonii na torze Suzuka na 43. okrążeniu wypadł z drogi pokrytej taflą wody i uderzył w dźwig wyciągający bolid Adriana Sutila. W krytycznym stanie trafił do szpitala, gdzie do ostatnich chwil życia znajdował się w śpiączce. Zmarł 17 lipca 2015 roku, stając się pierwszą śmiertelną ofiarą w F1 od 21 lat, po tym jak na torze w San Mario stracił życie legendarny kierowca Ayrton Senna.

Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.