24.04.2020 15:10

"Leon zawodowiec", reż. Luc Besson [RECENZJA]

"Leon zawodowiec" należy dziś do klasyki kina. Czy film rzeczywiście zasłużył na uznanie, jakim się cieszy?

Foto: Patrick Camboulive/Collection Christophel/East News
Foto: Patrick Camboulive/Collection Christophel/East News

"Leon zawodowiec" obrósł już swojego rodzaju kultem. Nie ma kinomana, który nie wymieniałby go wśród tytułów zasługujących na szczególne uznanie. Nie ma na świecie człowieka, który nie kojarzyłby Jeana Reno z Léonem, a Natalie Portman z kilkunastoletnią Matyldą. Co stanowi o sile filmu Bessona, która pozwoliła mu zapisać się złotymi zgłoskami w historii kina? I przede wszystkim, czy "Leon" zasłużył na tak wielkie uznanie, jakim się cieszy?

Foto: Patrick Camboulive/Collection Christophel/East News

Największą siłą napędową "Leona zawodowca" jest z całą pewnością jego nieszablonowość i wychodzenie naprzeciw filmowym stereotypom. Jeszcze na długo zanim na ekranach zawitał "Joker" Todda Phillipsa, a fani MCU zaczęli wzdychać do Lokiego i Killmongera, to właśnie tytułowy Léon i skorumpowany policjant Stansfield sprawili, że widzowie zamiast ufać przedstawicielom prawa, z zaciekłością kibicowali płatnemu mordercy. 

Foto: Patrick Camboulive/Collection Christophel/East News

Léon to prymitywny analfabeta, który za określoną kwotę zabije każdego, a jedynym w miarę ludzkim uczuciem darzy roślinę doniczkową. Gdy słyszymy taki opis charakterologiczny, przed oczami stają nam zazwyczaj zwyrodnialcy pokroju Paula i Petera z "Funny Games" czy Johna Doe z "Siedem". Gdy z kolei jego przeciwnikiem jest ścigający go policjant, zazwyczaj wyobrażamy go sobie jako poczciwego stróża prawa o facjacie Brada Pitta. Nic bardziej mylnego. Tutaj to płatny morderca jest najbardziej empatyczną osobą, której kibicujemy z całego serca, a okrutny i skorumpowany policjant jawi nam się jako zło wcielone. 

Foto: EAST NEWS/EVERETT COLLECTION PROFESSIONAL

Zburzenie stereotypów i pokazanie świata wypełnionego wieloma odcieniami szarości sprawia, że produkcja z miejsca zapada w pamięć i wywołuje silne emocje. Tracimy zaufanie do utartych schematów, które na pozór lubimy, jednak gdy dłużej się nad tym zastanowić, to właśnie one niejednokrotnie zabijają magię kina. Tak skonstruowany świat przedstawiony już sam w sobie robi wrażenie, jednak to od aktorów w dużej mierze zależy, na ile uwierzymy ich bohaterom. A zapewniam was, Gary Oldmam sprawił, że w zepsucie i nieprzewidywalność Stansfielda uwierzyłam bez najmniejszych wątpliwości. I wierzę do dziś. Brytyjczyk zaserwował nam nie tylko absolutnie najlepszy występ w swojej karierze, a jedną z najlepszych kreacji aktorskich w dziejach kina.

Choć to Oldman błyszczy na ekranie niczym najdoskonalej wypolerowany diament, grzechem byłoby nie docenić popisów Jeana Reno i Natalie Portman. On z wdziękiem i uderzającą autentycznością sportretował człowieka na pozór bez skrupułów, a jednak z głęboką wrażliwością. Jego Léon to człowiek, którego obdarzamy ciepłymi uczuciami i swojego rodzaju zaufaniem, nie tracąc przy tym świadomości, jak niebezpieczną jednostką potrafi być. Z kolei Matylda w wykonaniu Portman to jedna z najlepszych dziecięcych kreacji w dziejach kina. Wierzymy jej zarówno, gdy z przerażeniem i głęboką rozpaczą błaga Léona o pomoc, jak i wtedy gdy z wdziękiem usiłuje go uwieźć. 

Reasumując, "Leon zawodowiec" to film, który w pełni zasłużył na swoje miejsce w zbiorowej wyobraźni i wszelkich filmowych rankingach. To produkcja, która skłania nas do myślenia, wywołuje silne emocje i nie pozwala o sobie zapomnieć na długi czas. 

Ocena: 9/10

Tagi: #Film #Recenzje