„The Disaster Artist”, reż. James Franco [RECENZJA]

30.01.2018
Aktualizacja: 18.04.2019 11:35
„The Disaster Artist”, reż. James Franco [RECENZJA] Fot. materiały prasowe

Rzadko zdarza się, by widzowie przez kilka minut oklaskiwali film po seansie, który nie jest uroczystą premierą czy pokazem festiwalowym. A jednak czasem dzieło wzbudza w publiczności tak pozytywne emocje, że owacje pojawiają się niczym odruch bezwarunkowy. Takim właśnie dziełem jest „The Disaster Artist”. Absolutnie rozbrajającym.

Próba stworzenia filmu o tworzeniu najgorszego filmu świata i przedstawienia w sposób artystyczny postaci bardzo niewydarzonego artysty to stąpanie po wyjątkowo cienkim lodzie. Mimo to, Jamesowi Franco nawet na moment nie powinęła się noga i nie tyle uniknął katastrofy, co wykonał potrójny axel ani na chwilę nie wypadając z rytmu i nie tracąc równowagi. 

Film o robieniu filmu „The Room”

Śmiało można powiedzieć, że Franco odtworzył film Tommy’ego Wiseau jeden do jednego. W pewnym sensie – także pod względem realizacyjnym. Nie tylko bowiem zagrał tytułowego katastrofalnego artystę, ale też – podobnie jak on – wyreżyserował i wyprodukował swój najnowszy film. Ponadto do współpracy zaprosił swoich przyjaciół, Setha Rogena i Judda Apatowa, oraz całą gamę cudownych aktorów, którzy pomogli mu stworzyć wyjątkowy, bezpretensjonalny klimat dzieła. Przede wszystkim jednak zaangażował swojego brata, Dave’a Franco, któremu powierzył ogromną rolę w „The Disaster Artist” – niczym Tommy Wiseau Gregowi Sestero w „The Room”. To właśnie między braćmi Franco rozgrywa się większość scen tego filmu i to oni w niemal każdym ujęciu bawią publiczność do łez, w czym raz na jakiś czas dzielnie wspiera ich Seth Rogen wraz z resztą fantastycznej obsady.

Niemniej, braterska więź aktorów nie tylko służy sprawnemu bawieniu publiczności, lecz przede wszystkim uwiarygadnia dziwaczną przyjaźń łączącą Tommy’ego i Grega. Do tego stopnia, że momentami potrafi wręcz wzruszyć. Podobnie jak wzrusza i bawi jednocześnie niezłomna wiara głównego bohatera w amerykański sen. A wszystko to dzięki idealnemu wyważeniu proporcji i odegraniu przez obsadę całej symfonii słów, gestów i ruchów bez żadnych fałszywych nut.

TDA-02450 Fot. foto: materiały prasowe

Czy przed filmem Jamesa Franco trzeba obejrzeć „The Room”?

„The Disaster Artist” to – w przeciwieństwie do pierwowzoru – film konsekwentny i przejrzysty, w którym nie ma dłużyzn czy niepotrzebnych ujęć, a każda scena służy budowaniu logicznej i spójnej całości. Wiemy, dlaczego Greg zachowuje się tak, a nie inaczej; wiemy, co sprawia, że ekipa i obsada nie rezygnuje z projektu; jesteśmy nawet w stanie zrozumieć głównego bohatera (mniejsza o jego wiek, pochodzenie czy dochody, które – jak przekonamy się w trakcie filmu – są kompletnie nieistotne). Niby nic, a jednak wystarczy zafundować sobie seans „The Room” przed wybraniem się na „The Disaster Artist”, by pojąć, że takie „nic” ma zasadnicze znaczenie. 

Film Wiseau warto obejrzeć zresztą także z innego powodu – by móc w pełni cieszyć się dzełem Jamesa Franco. I nie chodzi tu tylko o możliwość porównania odtworzonych scen z oryginalnymi fragmentami „The Room”, lecz przede wszystkim o zapoznanie się z niezwykle osobliwą postacią Tommy’ego Wiseau. Warto zobaczyć choć kilka króciutkich wywiadów z tym człowiekiem, posłuchać jego śmiechu, a przede wszystkim tego, co mówi o twórcy swojego parabiograficznego filmu i o samym filmie „The Disaster Artist”. Dzięki temu, oglądając go ani przez chwilę nie poczujemy zgrzytu, że oto piękny i (jeszcze) młody Franco naśmiewa się z (nie oszukujmy się) nieco ograniczonej osoby. Dzięki temu będziemy wiedzieli, że Franco dokonał rzeczy niemal niemożliwej, tworząc absolutnie nieprzerysowany obraz totalnie przerysowanego człowieka. Bo mimo tego, że Tommy Wiseau w jego wykonaniu śmieszy do łez, nie da się przeoczyć, że aktor i reżyser podszedł do swojego bohatera w sposób absolutnie szczery – bez blazy i ironii, za to z szacunkiem, życzliwością i ogromną sympatią.

TDA-02424 Fot. foto: materiały prasowe

 

James Franco jako Tommy Wiseau

Franco daje widzom o wiele więcej niż tylko nowe powody do żartów z twórcy najgorszego filmu świata. Pomaga go zrozumieć i wypowiada się w jego imieniu tak, jak on sam nigdy nie byłby w stanie tego zrobić. Pokazuje historię człowieka, który nie boi się marzyć i ma w sobie gigantyczną siłę i determinację, by wbrew wszystkim i wszystkiemu sięgać po swoje marzenia. Nieważne, że stoją za tym brak wiedzy, wyobraźni i realnej oceny własnych możliwości. Ważne, że ten nieudolny artysta potrafi zaciekle dążyć do tego, czego pragnie. Ilu z nas może pochwalić się podobną umiejętnością?

Kiedy Tommy opowiada w wywiadach o filmie Franco, słychać, że jest szczęśliwy – nie dlatego, że jest idiotą, który nie potrafi się zorientować, że wszyscy się z niego śmieją, ale dlatego, że ktoś ważny i utalentowany wreszcie wytłumaczył światu, dlaczego Tommy Wiseau zrobił film „The Room”.

A skoro już o talencie mowa, nie obejdzie się niestety bez ubolewania nad decyzją Amerykańskiej Akademii Filmowej. Nie pamiętam bowiem, kiedy ostatnio działania podjęte z pozaartystycznych pobudek były aż tak krzywdzące dla wspaniałego artysty, jakim okazał się Franco. Gdyby nie burza rozpętana w szklance wody, miałby on ogromne szanse na Oscara za najlepszą rolę męską i bez wątpienia znalazłby się w gronie wyróżnionych reżyserów i producentów. A jednak tak się nie stało, co mnie osobiście oburza o wiele bardziej, niż pisane po nocach tweety dawnych koleżanek, z których tak naprawdę nic nie wynika.

Niemniej, moje niepopularne opinie nie zmienią rzeczywistości, w której znalazł się Franco i w której – niczym bohater „The Disaster Artist” – musi teraz udowodnić światu, że nie jest Draculą, Frankensteinem ani żadnym innym czarnym charakterem. Liczę, że pomoże mu w tym właśnie jego film, który jest dobry nie tylko przez wzgląd na swoje walory artystyczne, ale też dlatego, że robi wiele dobrego dla Tommy’ego Wiseau i daje mnóstwo pozytywnych emocji każdemu, kto go ogląda. I to z tego James Franco, jego brat, przyjaciele i współpracownicy powinni być najbardziej dumni i właśnie tą miarą powinni mierzyć swój sukces. Niezależnie od ilości zdobytych oraz niezdobytych, choć zasłużonych nagród.  

Ocena: 9/10

Natalia Hluzov
Natalia Hluzow Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.