„Venom”, reż. Ruben Fleischer [RECENZJA]

04.10.2018
Aktualizacja: 18.04.2019 11:30
„Venom”, reż. Ruben Fleischer [RECENZJA] Fot. kadr z wideo

Do kin trafił solowy film o marvelowskim antybohaterze, co się Venomem zowie. Produkcja jeszcze przed premierą wywoływała wiele emocji wśród fanów komiksowego pierwowzoru. Jak twórcy poradzili sobie z zadaniem?

„Venom” jest miażdżony przez zachodnich krytyków - jego średnia ocen na portalu Metacritic wynosi 33/100. Czy film faktycznie zasługuje na aż taką krytykę? Nie. Ale nie jest pozbawiony wad. Wielu wad. Ale po kolei. 

Produkcja zaczyna się od przedstawienia nam „głównego złego”, czyli symbiontów, które z kosmosu na naszą Ziemie przywozi organizacja Life Foundation prowadzona przez Carltona Drake'a (Riz Ahmed). Potem poznajemy szczęśliwie zakochanych w sobie prawnik Ann Weying (Michelle Williams) oraz dziennikarza Eddiego Brocka (Tom Hardy). Jednak po jednym nieudanym wywiadzie zostajemy przeniesieni 6 miesięcy w przeszłość i wszystko dzieje się tak, jak widzieliśmy już wiele razy wcześniej - po rozstaniu Eddie staje się nieudacznikiem,  Ann znalazła sobie nowego chłopaka, a zła korporacja dalej knuje złe rzeczy.

vnmposter

W dużym skrócie - dzieje się wiele nudnych rzeczy, aż w końcu Eddie poznaje Venoma i ten po kilku dość zabawnych scenach staje się najlepszym kumplem byłego dziennikarza. I dopiero wtedy film zasługuje na tytuł „Venom”. W erze, gdy jesteśmy już tak obrzydzeni filmami o origin story bohaterów otrzymujemy produkcję, w której pierwsze 40 minut dość niezdarnie opowiada nam, kim są wszystkie postaci. I mając na myśli dość niezdarnie, tak naprawdę chodzi o to, że jedynymi postaciami, które zapamiętałem po seansie są Eddie/Venom oraz pani Cheng, przemiła szefowa sklepu spożywczego, który odwiedza Brock i jego symbiotyczny przyjaciel. Naprawdę nie dało się napisać lepszego scenariusza?

Czy Venom jest faktycznie taki zły? 

Mówiąc krótko: fabuła nie porywa - ten film naprawdę jest zrobiony tak, jakby produkcje o superherosach zatrzymały się w 2004 roku. Ale mówiąc szczerze, „Venom” nie potrzebuje fabuły „Mrocznego rycerza”, żeby sprawiać frajdę. Potrzebuje dobrych scen akcji, symbiotycznej relacji między Eddiem a Venomem, a także kilku absurdalnych momentów, w których obydwaj panowie mogą pokazać swoje chore poczucie humoru. I to wszystko jest tu dostarczone - sceny akcji są zrobione kompetentnie, robią całkiem niezłe wrażenie, a na całkowicie cyfrowej facjacie Venoma widać prawdziwą rozkosz, gdy przebija się przez kolejne fale wrogów. Jedynie pojedynek końcowy pozostawia sporo do życzenia (rzecz dzieje się w nocy, a w walce uczestniczą symbionty koloru czarnego i ciemnoszarego), ale ten na szczęście jest krótki i nie psuje specjalnie zabawy. 

Ale najlepszą częścią filmu definitywnie jest relacja między Eddiem a Venomem. Hardy bawi się rolą, często odpowiadając jednocześnie i osobom w jego otoczeniu i symbiontowi, a na wszytko patrzy się z prawdziwą przyjemnością. Problemem jest to, że Venom pojawia się w produkcji tak późno i musimy przetrwać kilkadziesiąt minut smutnego gadania o zbawianiu ludzkości, porównywaniu się do Boga i innych takich głupotach, które są wręcz nadużywane we współczesnej popkulturze. Gdy tylko Eddie staje się gospodarzem swojego pasożyta, film od razu rusza z kopyta. Szkoda też, że dopiero w finałowych 5-10 minutach poznajemy „ludzką twarz” przybysza z kosmosu, bo wtedy jego relacja z dzielnym żurnalistą wchodzi na zupełnie nowy poziom - panowie przestają się jedynie tolerować i stają się drużyną z prawdziwego zdarzenia. 

Venom, czyli Tom Hardy i reszta

Poza Hardym trudno jest wyróżnić kogokolwiek z obsady. Każdy gra to, co ma napisane w drętwym scenariuszu i szczerze mówiąc to wygląda tak, jakby tylko Tom Hardy czerpał jakąkolwiek przyjemność z pracy nad „Venomem”. Dzięki czemu to on i jego zmodyfikowany głos (jako Venom) są prawdziwymi gwiazdami tego filmu i zarazem jego najlepszą częścią. Aktor doskonale zdaje sobie sprawę z absurdu sytuacji w jakiej znalazł się jego bohater, więc bawi się tym ku naszej uciesze. 

Film zawiera scenę po napisach, która obiecuje fanom wielkie rzeczy, ale dopiero w przyszłości. I szczerze mówiąc, chciałbym to zobaczyć. Bo wtedy twórcy mogliby się pozbyć obecnej nudnej obsady, napisać lepszy scenariusz i po prostu skupić się w całości na relacji Eddiego i Venoma, dobrych scenach akcji oraz zbudowaniu ciekawego antagonisty, a nie tworzeniu origin story, które zajmuje prawie pół filmu („Venom” trwa około 90 minut bez napisów końcowych). Niestety, to dopiero w przyszłości, która do tego może nawet nie nadejść. Na razie „Venom” to jedynie średni film z interesującą postacią główną, dobrymi scenami akcji i niestety słabą całą resztą. 

OCENA: 6/10

Kamil Kacperski
Kamil Kacperski Redaktor antyradia
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.