31.01.2018
Aktualizacja: 20.08.2020 18:17

„Botoks” - odc. 1 [RECENZJA]

Uwaga! Oglądanie serialu grozi kalectwem lub śmiercią!

„Botoks” - odc. 1 [RECENZJA]
foto: kadr z serialu Botoks

Kiedy wystawiono mnie do walki z najnowszym podopiecznym Patryka Vegi, czyli „Botoksem” w niższej, bo serialowej kategorii wagowej, byłem przestraszony nie na żarty. W przeszłości starłem się już z tym trenerem kilkukrotnie. Miałem za sobą sparingi z filmami „Last Minute” i „Hans Kloss. Stawka większa niż śmierć” oraz poważny pojedynek z 3. częścią „Pitbulla” z podtytułem „Niebezpieczne kobiety”. Bałem się tym bardziej że kinowy „Botoks” zbierał negatywne recenzje, a sam Patryk Vega straszył, że serial mnie znokautuje. Od ogłoszenia terminu walki wziąłem się za siebie. Skupiony truchtałem po mieście, szaleńczo uderzałem w wiszące pod sufitem sztuki mięsa i wykończony biegałem po schodach. 

W końcu przyszedł dzień sądu. W lewym narożniku kanapy - ja, w prawym nowy serial platformy Showmax wchodzący na ring przy dźwiękach i obrazach czołówki, której nie powstydziłyby się zachodnie produkcje. Pierwszy gong i od razu ze strony „Botoksu” posypał się grad szybkich ciosów w postaci przeklinającej przy zabawie lalkami kilkuletniej Gosi, która informuje mamę, że tak naprawdę jest chłopcem o imieniu Marek. „Botoks” jak każdy bokser posiada dwie ręce, więc za chwilę agresywny atak na widza podwoił szansę na zadanie celnego ciosu. Oprócz prawego sierpowego - wątku transseksualnego pielęgniarza, pojawia się lewy prosty - historia rodzeństwa z patologicznej rodziny, któremu w krótkim czasie ginie dwójka rodziców.

Botoks

Oba wątki znajdowały się w filmowej wersji, której nie widziałem, więc nie wiem, w jakim stopniu je rozszerzono, a w jakim powtórzono, ale kilka scen pojawiających się w pierwszym odcinku było też w zwiastunach kinowego „Botoksu”. Pierwszy odcinek zatytułowany „Przemiana”, pokazuje „początki” bohaterów ukazanych w filmie. W roli Marka wystąpił Sebastian Fabijański, natomiast w rodzeństwo pijaczków wcielili się Olga Bołądź i Tomasz Oświeciński. Na własnej skórze przekonałem się, że prawy sierpowy to zdecydowanie mocniejsza strona „Botkosu”. I to pod każdym względem, zarówno w pozytywnym, jak i negatywnym rozumieniu tego słowa. Vega oparł konstrukcję odcinka na jednej z najprostszych metod - dwóch równoważących się wątkach, które są przerysowane do granic możliwości.

Przerysowanie idzie jednak w dwóch zupełnie przeciwstawnych kierunkach. Historia Marka to dramat nad dramaty. Nierozumiany przez otoczenie i domowników chłopak uwięziony w ciele dziewczyny nie może pogodzić się z własnym losem. Wszystko nabiera naprawdę przejmującego tonu, kiedy zamierza wyprowadzić się z domu, po tym, jak rodzice odkrywają jego transseksualizm. I tu zaliczyłem nokdaun, zwalony z nóg potężnym ciosem prosto w inteligencję. Marek mieszkał z rodzicami całe życie, a do nich dochodzi (po gruntownym przeszukaniu pokoju Marka), że ich dziecko nie tylko nie czuje się dziewczynką, ale bierze hormony, dopiero po prawie 30 latach wspólnego mieszkania pod jednym dachem. Gdzie tu logika? Podniosłem się jakoś po tym uderzeniu i zacząłem doceniać siłę przeciwnika.

Marek nie ma się gdzie podziać. Los sprawia, że pomaga zatuszować ratownikom śmierć pacjenta w karetce pogotowia i jeden z uratowanych zaprasza go do siebie do domu. W ramach podziękowania gwałci go, dorzucając wcześniej do soku pigułkę. Scena okraszona jest fragmentami filmu przyrodniczego z kopulującymi na ekranie włączonego telewizora zwierząt - artyzm pierwszej wody. Kolejny nokdaun i wcale nie z powodu sugestywności sceny. Motyw gwałtu na osobie transseksualnej pojawił się już w filmie „Nie czas na łzy” z Hilary Swank w roli głównej. Tam jednak był w pełni uzasadniony i znacząco wpływał na przekaz filmu Kimberly Peirce. W wykonaniu Vegi całą sytuacja jest nie tylko obrzydliwa, ale i tandetna. 

Był czas na łzy, więc pora na ich otarcie, o ile śmieszą Was żenujące żarty. Wątek Danieli i Darka służy odwierceniu uwagi przeciwnika. Ciosy są szybkie i skuteczne. W większości to sceny humorystyczne rodem z amerykańskich komedii, które co środę o 20:00 emituje stacja Polsat. Żarty niskich lotów, z których jednak można się dowiedzieć, jak zaoszczędzić na pochówku rodziców i jeszcze na tym zarobić. Po śmierci matki i ojca nasi Janusze pogrzebów wpadają na genialny pomysł. Za zarobione na przekręcie pieniądze kupują sobie matury, żeby zacząć naukę w szkole dla ratowników medycznych. W ośrodku pojawia się nawet sekwencja „śmiesznych” scen z Oświecińskim w roli głównej. Niech ktoś zatrzyma tę karuzelę żenady!! 

Botoks

Powyższe środki formalne sprawiają, że serial Vegi wpisuje się konstrukcyjnie w opery mydlane pokroju „Klanu” i formułę telewizji śniadaniowych. Jest i straszno i śmieszno. Technikę bokserką „Botoksu” naszpikowano stałymi zagraniami Vegi. Są bluzgi, Olga Boładź, ujęcia z drona, bluzgi, Sebastian Fabijański, obnażanie mrocznych kulis brutalnego świata, bluzgi, Tomasz Oświeciński, stereotypowe podejście do większości zjawisk przedstawionych w serialu no i bluzgi. Realizacyjnie jest bardzo przeciętnie. „Botoks” nie jest mistrzem ringowej strategii. Zachowuje się raczej jak niedoświadczony zawodnik stawiający na siłę swoich mięśni. Wali prosto z mostu i prosto między oczy, rozbijając nawet najtwardszą gardę widza. Pierwszy odcinek przesiąknięty jest schematami i przewidywalnymi rozwiązaniami fabularnymi. Może być to skuteczny sposób na zwycięstwo, ale niestety męczący i bolesny do oglądania. 

Przerysowane w "Botoksie" jest wszystko - od przedstawienia osoby transseksualnej, przez karykaturalny obraz polskich nizin społecznych, cynicznych pracowników usług pogrzebowych, po chamskich policjantów i nieczułych lekarzy. Film i serial można by nawet podciągnąć pod satyrę polskiej służby zdrowia, i społeczeństwa w ogóle, gdyby nie fakt, że większość produkcji Vegi jest reklamowana jako historie oparte na faktach. Najlepiej pod względem aktorskim wypadł Fabijański. Widać, że aktor starał się jak najlepiej oddać postać transseksualisty. Szkoda jednak, że zrobił to w tak stereotypowy sposób. O reszcie trudno wspomnieć, bo po prostu byli i ich role mógłby zagrać dowolnie wybrany aktor. 

Czy nowy serial Patryka Vegi, zgodnie z zapowiedziami reżysera, mnie znokautował? Niestety tak, mimo że dotarłem do końca pierwszej rundy, w ostatniej sekundzie położył mnie na łopatki, skutecznie zniechęcając do dalszego śledzenia losów bohaterów „Botoksu”. Ministerstwo Kultury do spółki z resortem zdrowia, powinny opracować ustawę wprowadzającą w życie ostrzeżenia pojawiające się w zapowiedziach złych filmów i seriali, podobne do tych, które widnieją na opakowaniach papierosów. Jeśli nie jesteście masochistami lub, o zgrozo, fanami radosnej twórczości Vegi, nie oglądajcie tego serialu. Jest wiele pożyteczniejszych rzeczy do roboty: obieranie ziemniaków, gapienie się w sufit, albo czekanie w kolejce do lekarza.

Ocena: 2/10

Tagi: Recenzje Patryk Vega Botoks