Phil Campbell w Warszawie [GALERIA]
Legendarny gitarzysta Motorhead wystąpił wraz ze swoim solowym projektem w Warszawie. Czy gwiazda muzyka jaśnieje takim samym światłem, co za czasów, gdy grał u boku Lemmy'ego?
O tym, jakim zainteresowaniem wśród polskiej publiczności cieszy się obecnie gitarzysta świadczy przeniesienie koncertu z klubu Progresja Music Zone do Proximy. Tym, którzy nie są stałymi bywalcami przed stołecznymi scenami, pragniemy wyjaśnić, że druga z lokalizacji może pochwalić się znacznie mniejszą powierzchnią, jednak i ona nie zdołała się w pełni zapełnić. Ba, połowa klubu pozostała pusta!
Motorhead to Lemmy. Nigdy nie stanowiło to większej tajemnicy. Mikkey Dee oraz Phil Campbell podjęli słuszną decyzję o nie kontynuowaniu kariery pod wcześniejszym szyldem. O ile jednak perkusista zespołu dołączył na stałe do Scorpions, o tyle gitarzysta kapeli postawił na odcinanie kuponów od dawnej chwały grając ze swoim projektem utwory, które wykonywał razem z Kilmisterem. Ma do tego prawo, w końcu jest ich współautorem, ale tym samym jego obecna działalność wyrasta na zwykłe zarabianie na sentymencie. Owszem, Phil Campbell wraz ze swoimi synami i wokalistą Neilem Starrem, mają także własny repertuar, który znajdzie się na planowanej na 18 listopada 2016 roku EP-ce. Jest to jednak zaledwie pięć utworów.
Zakwestionować można całą ideę funkcjonowania tworu, jakim jest Phil Campbell and the Bastard Sons, ale muzykom nie można odmówić energii, jak i rzemieślniczej sprawności. Od początku do końca na scenie panowała dynamiczność i żywioł. Zaczęli od autorskiego „Big Mouth”. Był to jeden z trzech utworów z własnego repertuaru. Na dalszych miejscach setlisty znalazły się jeszcze zadziorny „Take Aim” i „Spiders”.
Zobaczcie nasze zdjęcia z koncertu Phil Campbell and the Bastard Sons:
Choć „Big Mouth” to wyjątkowo skoczny i przebojowy kawałek, to na publiczność silniej podziałały następne utwory. A były to kolejno „Deaf Forever” i „Nothing Up My Sleeve”. Zaczęły się wyłaniać zaciśnięte pięści, którymi ludzie wymachiwali w powietrzu w rytm rozpędzonej perkusji, a niektórzy poderwali się do skakania.
Neil Starr okazał się być bardzo dobrym wokalistą. Daleko mu do tego, aby choć trochę zbliżyć się do chrypy Lemmy'ego, ale udowodnił, że jest w stanie przyzwoicie odśpiewać każdy rockowy szlagier. A musiał się zmierzyć jeszcze ze „Sweet Leaf” od Black Sabbath, „Sharp Dressed Man” ZZ Top, „Heroes” Davida Bowiego zadedykowanemu wszystkim gigantom muzyki, którzy odeszli w ostatnim czasie, a także z numerami Thin Lizzy i Led Zeppelin. Posłuchajcie, jak wypadł w „Nothing Up My Sleeve”:
A tu z kolei wykonanie innego z utworów Motorhead, którego nikomu nie trzeba przedstawiać:
Starr co i raz potrząsał włosami, gitarzyści wznosili swoje instrumenty w powietrze, ze wzmacniaczy płynęły soczyste riffy o wyraźnym brzmieniu. Całości towarzyszyła rockowa atmosfera, nad którą unosił się duch Lemmy'ego. Aż tyle i tylko tyle, gdyż to co ja słyszałem wciąż sprowadza się do zobaczenia na żywo bardzo dobrego cover bandu. W tej kategorii Phil Campbell and the Bastard Sons nie ma sobie równych, choć niewykluczone, że w co drugim garażu kryje się równie wielu muzyków sprawnie odgrywających czyjeś kompozycje.
Setlista:
- Big Mouth
- Deaf Forever
- Nothing Up My Sleeve
- Spiders
- R.A.M.O.N.E.S.
- Orgasmatron
- Take Aim
- Sharp Dressed Man
- Born to Raise Hell
- Sweet Leaf
- Ace of Spades
- Eat The Rich
- Silver Machine
- Going To Brazil
- Rock Out
- Heroes
- Killed By Death
- Rosalie
- Moby Dick / Communication Breakdown
Byliście na koncercie Phil Campbell and the Bastard Sons?