28.08.2015 16:28

Motorhead - Bad Magic

Już na początku płyty zespół stawia jasne ultimatum – „zwycięstwo albo śmierć”. Motorhead swoim nowym albumem odnosi triumf, ale w tej bitwie nie obyło się bez odniesienia paru ran.

Motorhead - Bad Magic
foto: materiały prasowe

Zaskoczeń nie ma. Nie dochodzi do żadnej stylistycznej rewolucji, ale nikt nawet o to nie podejrzewałby grupy, która już czwartą dekadę konsekwentnie utrzymuje stałą w swojej twórczości. Cytat z Lemmy’ego „Jesteśmy Motorhead i gramy rock’n’rolla”, tak jak był szczerym odzwierciedleniem zawartości pierwszych płyt zespołu, tak i teraz w pełni oddaje to, czego mogą doświadczyć nasze uszy na „Bad Magic”. Czy to jednak wystarczający powód, aby móc docenić nowe wydawnictwo?

Cała płyta, to jakby deklaracja tego, że choć minęło 40 lat, to nie mamy do czynienia z geriatrycznym graniem, tylko z prawdziwym żywiołem, którego nic nie jest w stanie strudzić. Pierwsze dwie kompozycje atakują ścianą dźwięku, szybkim tempem oraz bezkompromisowością. W obozie Motorhead bez zmian. No, może prawie bez zmian, gdyż słychać, że gardło Lemmy’ego, które pamięta wlewane w nie morze whiskey i wypaloną niejedną paczkę papierów, przemawia do nas jeszcze bardziej szorstkim i zachrypniętym głosem niż na poprzednim albumie grupy. Z pewnością ma to związek z problemami zdrowotnymi, z którymi zmaga się muzyk.

Nie wiem czy to również sprawka choroby, czy może tego, że członkowie Motorhead stwierdzili, że nie muszą już przecież niczego udowadniać, a samo sygnowanie materiału nazwą kapeli pozwoli płycie obronić się samej, ale na „Bad Magic” doskwiera brak różnorodności kompozycji. Ze świecą szukać numerów, które wybijają się ponad stylistyczną poprzeczkę ustanowioną na nowym krążku. Przytłaczająca większość kawałków stanowi swoje bliźniacze kopie, trzymające się wyznaczonej linii programowej albumu. Są one niebezpiecznym zastrzykiem energii, ale kłucie się cały czas tą samą „muzyczną strzykawką” nie jest ani dobre, ani zdrowe.

Po rozpędzonych utworach, Motorhead łapie nieco groove’u w „The Devil” – najbardziej wyróżniającym się na całej płycie – oraz w balladzie z przedsionka piekieł, „Till The End”, gdzie subtelniejszy ton miesza się z potężnymi riffami i przesterowanym basem. Krążek wieńczy cover „Sympathy for the Devil” z repertuaru The Rolling Stones. Aranżacja Motorhead nie jest szczególnie różniąca się od oryginału, ale odświeżona wersja tego klasyka, z której przebija się siła ściany Marshalli i niski głos Lemmy’ego, to rodzaj hołdu dla tytułowego diabła, którego nie udało się osiągnąć nawet samemu Keithowi Richardsowi i Mickowi Jaggerowi.

„Bad Magic” nie zaskakuje, a pomimo pędu kompozycji i bezwzględnego atakowania strun przez muzyków, potrafi nieco znużyć. To Motorhead jaki kochamy, ale nie sposób nie zauważyć tego, że grupa jedną nogą jest już pod kocykiem na bujanym fotelu. Jest zadziornie, jest dynamicznie, ale nie jest ponadczasowo, co i tak przecież nie zachwieje legendarnym statusem kapeli.

Ocena: 3/5

Robert Skowroński
Tagi: #Motorhead #Recenzje