„Ocean’s 8”, reż. Gary Ross [RECENZJA]

Natalia Hluzov
AKTUALIZACJA 18.04.2019 30.06.2018
AKTUALIZACJA 18.04.2019 30.06.2018

Nowa odsłona serii „Ocean’s” miała udowodnić, że kobiety też potrafią. Niestety udowodniła jedynie, że kopia jest zawsze gorsza od oryginału.

Fot. Ocean's 8|undefined

Zrealizowany po 11 latach od zakończenia oryginalnej serii „Ocean’s” film miał być żeńską odpowiedzią na przebój Stevena Soderbergha, która udowodni, że kobiety potrafią być równie sprytne, inteligentne, opanowane i zdolne, co stylowa jedenastka Danny’ego Oceana. Niestety, grupa wyspecjalizowanych przestępczyń pod wodzą Sandry Bullock w roli Debbie Ocean przegrała ten pojedynek z kretesem. Główne dlatego, że walcząc w pocie czoła o swoje racje, zapomniała o luzie, nonszalancji i bezpretensjonalności męskich poprzedników. 

 

seria Ocean's
Fot. foto: materiały promocyjne
seria Ocean's

Początek filmu Gary’ego Rossa sugeruje, że mamy do czynienia nie ze spin-offem czy kontynuacją, lecz z rebootem filmu „Ocean’s 11”. Podobnie jak w oryginale, postać o nazwisku Ocean ma opuścić więzienie, w którym znalazła się po nieudanej akcji, obiecuje poprawę, wyraża szczerą chęć prowadzenia uczciwego życia i zaraz po wyjściu zaczyna montować ekipę gotową wykonać z nią skok życia. Panowie planowali opróżnienie skarbca w kasynie, panie opracowują plan kradzieży diamentów, jednak nie jest to szczególnie istotne – schemat pozostaje taki sam. Poszczególne elementy fabuły są mocno inspirowane oryginałem z 2001 roku, a niektóre są wręcz skopiowane 1:1. Dlaczego zatem tak podobny film wypada o tyle gorzej od pierwowzoru?

Niestety, winni nie są ani biali mężczyźni recenzujący film, ani widzowie, którzy z góry stawiają kobiety na przegranej pozycji. Przyczyna klęski, jaką ponosi film „Ocean’s 8” w starciu z poprzednikami, leży w zbyt prosto skonstruowanej intrydze, bezbarwnej obsadzie i ogólnej miałkości produkcji, która powinna zaskakiwać i przyprawiać o szybsze bicie serca.

W „Ocean’s 8” pojawia się wprawdzie skłaniająca do tupania nóżką muzyka, szybki montaż, blichtr i przepych lokacji, jednak nawet ta (skopiowana z oryginalnej serii) atrakcyjna oprawa nie jest w stanie odwrócić uwagi od faktu, że główne bohaterki „Ocean’s 8” są idealnie... nijakie.

Nikt nie twierdzi oczywiście, że bohaterowie „Ocean’s 11” byli obdarzeni szczególną głębią psychologiczną. Mieli jednak w sobie to coś, czego brakuje większości kobiet z „Ocean’s 8”. A mianowicie ów wdzięk, styl, czar i szyk, o których śpiewał kiedyś Eugeniusz Bodo. Twórcy spin-offu tak bardzo skupili się na swoich feministycznych pobudkach, że zapomnieli wyposażyć swoje bohaterki w seksapil. I nie chodzi wcale o to, że jest to „broń kobieca”, lecz o fakt, że każdego kanciarza, złodzieja czy manipulatora – niezależnie od płci – cechuje spora doza uroku osobistego.

Od „Żądła” przez oryginalną serię „Ocean's” po serial „Białe kołnierzyki” – wykorzystywanie wdzięku pomagało bohaterom w osiąganiu ich celów. Tymczasem w „Ocean’s 8” jedynie Anne Hathaway zdaje się umiejętnie wykorzystywać przewagę, jaką daje jej uroda, pod którą potrafi – kiedy trzeba – ukryć swoją inteligencję i spryt. Pozostałe główne bohaterki, w które wcielają się Sandra Bullock, Cate Blanchett i Helena Bonham Carter, stoją w rozkroku – z jednej strony, próbując zrobić antyseksistowski film, starają się za wszelką cenę nie być urocze. Z drugiej – jako słynne aktorki w blockbusterze chadzają  pełnym makijażu nawet po bułki do sklepu. Wszystko to buduje wyjątkowo sztuczny i wymuszony obraz, który tylko delikatnie ratują wspomniana Hathaway, Rihanna czy Awkwafina. I nie chodzi tu o ich różne kolory skóry, lecz o naturalność, z jaką wcielają się w swoje postaci, której o dziwo zabrakło tak wybitnym aktorkom jak wspomniane już Cate Blanchett czy Helena Bonham Carter.

Na domiar złego, w filmie raz na jakiś czas pojawia się wtrącenie, że kobiety są ignorowane, a faceci źli, a nawet – mini przemówienie, w którym Debbie Ocean przypomina swoim koleżankom, że nie robią tego dla pieniędzy ani dla siebie, lecz dla ośmiolatki marzącej o tym, by zostać przestępczynią.

Twórców filmu „Ocean’s 8” ewidetnie zgubił fakt, że na kanwie przyjemnej, rozrywkowej serii, postanowili zbudować manifest i w pozbawiony dystansu sposób przekazać ważne treści w nieważnej produkcji. A wystarczyło tylko przyłożyć się do skonstruowania intrygującej fabuły, wymyślenia kilku zaskakujących zwrotów akcji, stworzenia świadomych swych atutów postaci i napisania porządnych dialogów, by skopać tyłki wszystkim szowinistom i udowodnić, że dziewczyny rządzą. Po prostu. Bez szczególnego wysiłku i przemówień o spełnianiu misji wobec ośmiolatek.

Tymczasem, przygotowując plot twisty, które po 15 minutach filmu jest w stanie przewidzieć rzeczona ośmiolatka i bojąc się zagrać kartą, która jest jednym z głównych atutów heist movies (jednocześnie nie oferując niczego w zamian), panie przegrały tę partię w bardzo słabym stylu.

Ocena: 4/10