13.01.2020 10:10

"Skłodowska", reż. Marjane Satrapi [RECENZJA]

Premiera filmu "Skłodowska" w Polsce już 6 marca. Czy warto obejrzeć amerykańską biografię filmową Marii Skłodowskiej-Curie z Rosamund Pike w roli głównej?

Rosamund Pike jako Maria Skłodowska-Curie
YouTube/Rapid Trailer

Filmowe biografie mają swoje cechy charakterystyczne. Jednym z nich, który często wręcz irytuje widzów, jest gloryfikowanie głównego bohatera. Ludzie zazwyczaj nie są nieskazitelni, o czym często twórcy filmowi zapominają. Zupełnie inaczej jest w przypadku filmu „Skłodowska”, czyli najnowszej produkcji o życiu polskiej noblistki, Marii Skłodowskiej-Curie. Stworzona przez Marjane Satrapi, hollywoodzka wersja opowieści o uczonej, pokazuje ją przede wszystkim z perspektywy ambitnej kobiety, która za wszelką cenę próbuje osiągnąć niezależność.

Zobacz także: "Małe kobietki", reż. Greta Gerwig [RECENZJA]

Główną bohaterkę poznajemy na łożu śmierci, gdy zaczyna wspominać całe swoje życie. Tym samym jesteśmy świadkami retrospekcji, która zaczyna się w momencie, gdy Skłodowska poznaje Piotra Curie. To ogromny plus filmu. Twórcy postanowili bowiem skupić się na konkretnym etapie życia noblistki. Nie przygotowali nam 3-godzinnego filmu od dziecka do bohatera, tylko zdecydowali się na najważniejsze momenty jej historii. Tym samym otrzymujemy niespełna dwie godziny wartkiej opowieści, która zaskakuje, wzrusza, a niekiedy nawet uczy.

„Skłodowska”: cała prawda o polskiej noblistce

Maria Skłodowska-Curie pokazana jest jako ambitna kobieta, która doskonale wiedziała, czego chce w życiu i miała wiele samozaparcia, żeby postawione sobie cele wprowadzić w życie. Starała się w całości poświęcić nauce. Jej motywy poznajemy dzięki interesującemu zabiegowi twórców, którzy przechodzą z retrospekcji w retrospekcję. Dzięki temu o wiele lepiej rozumiemy bohaterkę i odczuwamy jej emocje. Jej poświęcenie nauce w pewnym momencie nieco łagodnieje, gdy Skłodowska poznaje smak prawdziwego uczucia.

wybitne polki
wybitne polki
Przeczytaj także 7 wspaniałych Polek, o których powinny powstać filmy

Jesteśmy świadkami wewnętrznej przemiany bohaterki, jednak nadal na główny plan wychodzi jej prawdziwe ja, czyli ambitna uczona. Filmowa Maria Skłodowska to kobieta o sercu przepełnionym nauką, która w pewnym momencie znajduje w nim kawałek miejsca dla Piotra i ich córek. Nie była jednak ideałem matki, co również jest dobrze pokazane w filmie.

„Skłodowska” to produkcja, która w żaden sposób nie przerysowuje głównej bohaterki. Oczywiście pokazuje ją jako wielką uczoną, którą bez wątpienia była Maria Skłodowska. Była także feministką, mocno walczyła o swoje prawa, jak również wielu kobiet, które do dziś łączą swoje życie ze światem nauki. Między innymi właśnie dzięki niej mają na to szanse.

Cierpienia i walka, które Skłodowska musiała przejść w swoim życiu, do dziś przynoszą rezultaty w wielu dziedzinach nauki i… życia. Przez cały film widzimy wewnętrzne rozdarcie bohaterki, która sama nie wie, jak postrzegać swój wynalazek. Jest dumna, a jednocześnie czuje się winna. Dlatego też jej filmowa biografia jest nieoczywista, tak daleka od klasycznej biografii, gloryfikującej bohaterów.

W pokazaniu tej postaci w taki sposób pomogła zdecydowanie Rosamund Pike, która zagrała Skłodowską. Aktorka, którą pamiętamy m.in. z filmu „Zaginiona dziewczyna”, doskonale wiedziała, co tak naprawdę będzie najistotniejsze w ukazaniu tej postaci. Jedynym minusem jej bohaterki jest słaba charakteryzacja. Pike jest bowiem piękną aktorką, która nieco nie pasuje do wyrazistych rysów Marii Skłodowskiej. Nie wspominając już o tym, że jesteśmy świadkami przemiany bohaterki, jednak tylko wewnętrznej. Choć charakteryzatorzy próbowali ją postarzać, wciąż nie widziałam po niej upływu czasu, mimo siwiejących coraz bardziej włosów.  

Zobacz także: „Gorący temat”, reż. Jay Roach [RECENZJA]

"Skłodowska": kadr z filmu o polskiej noblistce

„Skłodowska”: dumna czy winna?

Warto zwrócić uwagę na to, że w filmie wpleciono materiały z „przyszłości”. Chodzi o krótkie sceny, przedstawiające negatywne skutki powstania polonu i radu. Produkcja pokazuje, jak wiele złego w historii ludzkości wyrządziło promieniowanie. Widzimy sceny z Hiroshimy, gdzie wybuchła bomba atomowa w 1945 roku. Wraz z bohaterką przechodzimy przez elektrownię w Czarnobylu, niedługo po wybuchu reaktora. I widzimy tych, którzy zmarli w skutek choroby popromiennej. Niemniej jednak dowiadujemy się, że wynalazek Curie to także wiele dobrego. I właśnie za tę niejednoznaczność warto docenić jej filmową biografię.

Nie powiedziałabym, że jest to film bardzo dobry technicznie. Raczej jest to prosta produkcja, niezbyt rozdmuchana efekciarsko i finansowo. Zachwyca jednak zdjęciami. W każdym kadrze możemy dostrzec szczegóły, tak istotne w celu zrozumienia uczuć bohaterów. Mamy wrażenie jakbyśmy mogli ich dotknąć, przez co sami stajemy się świadkami wydarzeń, które możemy dostrzec na ekranie.

„Skłodowska” to film dla kobiet, które cenią sobie niezależność. To również opowieść dla geeków, ludzi zafascynowanych nauką, którzy chcą poznać tajniki wynalezienia dwóch radioaktywnych pierwiastków, za które małżeństwo Curie zdobyło Nagrodę Nobla. W filmie w bardzo ciekawy sposób pokazane są doświadczenia fizyczne i chemiczne, które nadają tej bardzo statycznej produkcji dynamizmu.

Film „Skłodowska” 6 marca pojawi się na ekranach polskich kin. Nie jest to na pewno produkcja dla każdego. Zdecydowanie nie powinny wybrać się na nią osoby, które oczekują od kina ogromnych emocji i efektów specjalnych. Jeżeli jednak potrafisz dojrzeć w filmie wrażliwość i dostrzegasz każdy szczegół, ta produkcja może ci się spodobać. Zwłaszcza, jeżeli interesuje cię historia silnych kobiet. Ten film doskonale wpisuje się w ideologię #metoo, ale nic w tym dziwnego. Życie Marii Skłodowskiej-Curie również mogłoby być stawiane za przykład dla każdej kobiety, która walczy o swoje prawa.

Zobacz także: „Jojo Rabbit”, reż. Taika Waititi [RECENZJA]

Tagi: #Film #Premiery #Recenzje