27.10.2018 17:28

„Bohemian Rhapsody”, reż. Bryan Singer [RECENZJA MUZYCZNA]

Jak każdy fan Queen byłam podekscytowana faktem, że powstaje film o tym zespole. Jednocześnie obawiałam się, że będzie to pompatyczna produkcja pokazująca, jak wielką i cudowną kapelą jest Queen. Ten zespół nigdy nie był skromny i film „Bohemian Rhapsody” idealnie pokazuje zamiłowanie zespołu do wielkiego show z fajerwerkami.

„Bohemian Rhapsody”, reż. Bryan Singer [RECENZJA MUZYCZNA]
foto: materiały prasowe

Queen wydaje się być idealnym materiałem dla kinematografii - nie dość, że zespół zna każdy, nawet przeciętny odbiorca radia, to również historia zespołu jest na tyle ciekawa i tragiczna ze względu na chorobę wokalisty, że wręcz się prosi, by nakręcić o tym film.

W filmie „Bohemian Rhapsody” widzimy niełatwe początki kapeli - Farrokh Bulsara nie dogaduje się ze swoim ojcem, któremu nie podoba się to, że jego syn codziennie wieczorem szlaja się po koncertach. W końcu Farrokh postanawia zagadać do muzyków grupy Smile - Briana Maya oraz Rogera Taylora. Po drodze nagle z nieba spada im basista John Deacon, po czym panowie postanawiają podbić świat - przynajmniej taki zamiar ma wokalista, który przepoczwarza się w Freddiego Mercury'ego i słuchając rad swojej ukochanej Mary Austin, pozwala sobie na więcej odwagi i zachowanie w stylu diw operowych.

foto: materiały prasowe

Choć zdrowy rozsądek podpowiada, że eksperymenty nad debiutancką płytą nie wyglądały w rzeczywistości tak spektakularnie, jak w filmie, to dynamiczną opowieść o narodzinach Queen ogląda się z uśmiechem na ustach. Bohaterowie od razu wzbudzają naszą sympatię - chociażby sprzeczka muzyków o piosenkę perkusisty Rogera Taylora „I'm in Love with My Car” jest zabawnym przerywnikiem w filmie i po prostu wywołuje śmiech.

foto: materiały prasowe

Jeszcze przed premierą filmu zachwycano się Rami Malekiem, który wcielił się w główną rolę. Rzeczywiście jego maniery i sposób mówienia mocno przypominały Freddiego, chociaż na początku filmu można odnieść wrażenie, że wada w zgryzie przeszkadza samemu aktorowi. Wielkie brawa należą się również Gwilymowi Lee, który wygląda i zachowuje się identycznie jak nasz ukochany astrofizyk, Brian May. Ben Hardy grający Rogera Taylora ciągle podrywa dziewczyny i kłóci się z resztą kapeli, natomiast Joseph Mazzello łudząco przypomina spokojnego basistę Johna Deacona. Fani Queen żartowali, że zapewne basista nie powie w filmie ani jednego słowa. Na szczęście jego postać nie została zepchnięta na dalszy plan. Twórcy podkreślili również, że to właśnie ten niepozorny muzyk jest autorem wielkich komercyjnych hitów Queen - „Another One Bites The Dust” czy „I Want to Break Free”. Nie zapomniano też pokazać, jak basista potrafił wszystko spuentować odpowiednią miną.

W filmie przemycono nie tylko największe hity Queen, co zresztą było do przewidzenia, ale również piosenkę wcześniej wspomnianego Smile czy kompozycje z lat 70., które są mniej znane szerszej publiczności. Wspomniano nawet fragment utworu „Spread Your Wings”, który w moim odczuciu jest perełką w dorobku Queen, o której nie mają pojęcia fani wychowani na stadionowych hitach kapeli. Dobrze zatem, że w filmie pojawiły się piosenki bardziej i mniej znane, rockowe i w stylu disco, by pokazać różnorodność repertuaru Queen, o której nie zdaje sobie sprawy wiele osób.

foto: materiały prasowe

Od razu muszę przestrzec fanów Queen przed tym, co zrobiłam całkiem nieświadomie - wpatrywałam się w każdy szczegół filmu, by sprawdzić, czy na pewno muzycy oraz wydarzenia związane z zespołem są zgodne z prawdą. Rzeczywiście twórcy postarali się zadbać o drobiazgi, np. wciskając wszędzie zdjęcia idolki Freddiego, Marlene Dietrich czy delikatnie pokazując, kto jest pomysłodawcą nazwy i logo zespołu. Wypatrywanie takich szczegółów zabiera jednak dobrą zabawę. To było też do przewidzenia, że pewne fakty z historii zostaną upiększone czy przemilczane - chociażby klapa płyty „Hot Space” czy fakt, że na początku lat 70. muzycy przez swojego menedżera nie mieli grosza przy duszy, chociaż sporo koncertowali. Zamiast tego mamy patetyczne obrazki pokazujące, jak powstały „Bohemian Rhapsody” czy „We Will Rock You”.

Tych, którzy bali się, że film będzie historią zespołu pokazaną tylko przez pryzmat różowych okularów, muszę uspokoić. Chociaż po pokazaniu pierwszego trailera zarzucano twórcom, że pominięto wątek związany z homoseksualizmem Freddiego Mercury’ego, to jednak w filmie nie ma takich niedopatrzeń. Umiejętnie pokazano, jak Freddie pogubił się, czuł się samotny i zanurzył w świat gejowskich klubów, który pochłonął go w całości. Reszta muzyków zamiast imprez z karłami i narkotykami (Queen postanowił przyznać się, że rzeczywiście doszło do takich ekscesów), wybierała spokojne, rodzinne życie - widzowi narzucona jest interpretacja, że to rodzina jest najważniejsza, a skoro Freddie jej nie miał, to był skazany na porażkę. Film jednak został skonstruowany tak, by po tym dołującym momencie Freddie niczym feniks odrodził się z popiołów i wrócił na scenę.

I w tym momencie mamy punkt kulminacyjny całego filmu - Queen nie byłby sobą, gdyby nie pokazał, jak potrafi być wielki i majestatyczny. Pod koniec zatem widzimy legendarny występ Queen na Live Aid w 1985 roku. Na imprezie charytatywnej organizowanej przez Boba Geldofa i Midge'a Ure'a pojawiła się śmietanka muzycznego świata, ale to właśnie Queen doprowadził publiczność do wrzenia... i nie jest to tylko wyobraźnia twórców filmu, bowiem rzeczywiście występ kapeli uważany jest za najlepszy podczas całego koncertu.

foto: materiały prasowe

W momencie, gdy Freddie wyskoczył na scenie na stadionie Wembley moje stalowe nerwy nie wytrzymały i popłynęły mi łzy - nie wtedy, gdy Freddie dowiaduje się o AIDS, a właśnie w momencie, gdy Queen triumfuje na koncercie transmitowanym na wiele krajów. Może właśnie wtedy poczułam żal, że koniec kapeli powoli się zbliżał, że gdyby Freddie żył, na sklepowych półkach pojawiłyby się nowe studyjne płyty... a może właśnie cierpienie Freddiego sprawiło, że ostatnie płyty Queen nagrane za jego życia były tak wyjątkowe, a utwór „The Show Must Go On” nadal powoduje uczucie ściśniętego gardła, chociaż słyszało się ten utwór już milion razy...

Czy warto obejrzeć film „Bohemian Rhapsody”? Tak, bez względu na to, czy jest się zagorzałym fanem Queen, czy też kojarzy się tylko wąsatego wokalistę śpiewającego  „Radio Ga Ga”. Film jest muzyczną opowieścią o studentach, którzy postawili sobie za cel, by stać się legendą i przez moment się nie zawahali, a tym bardziej nie wycofali. Okazuje się, że czasem wręcz trzeba być zuchwałym i zbyt pewnym siebie, by coś osiągnąć, bo po drodze znajdzie się wystarczająco dużo osób, które ściągają człowieka w dół. Z filmu jednoznacznie wynika, że nigdy nie wolno wątpić w swoje możliwości i nigdy nie zapomnieć o osobach, które są tobie bliskie - nic nie osiągniemy, gdy będziemy śpiewać do swojego odbicia w lustrze czy kotów. Człowiek potrzebuje publiki i najlepiej, gdy ta publika śpiewa razem z Tobą „We Will Rock You”.

Ocena: 8/10

Tagi: #Bohemian Rhapsody #Queen #Recenzje