26.02.2016 17:21

15 lat temu ukazała się płyta „Blackwater Park” Opeth

27 lutego 2001 roku grupa Mikaela Akerfeldta wydała swoje przełomowe dzieło. Czy „Blackwater Park” nadal robi takie samo wrażenie jak przed laty?

15 lat temu ukazała się płyta „Blackwater Park” Opeth
foto: materiały prasowe

Patrząc na początki szwedzkiego zespołu, można uśmiechnąć się nad ironią losu. Źródeł Opeth należałoby bowiem upatrywać w deathmetalowej formacji, która powstała w 1990 roku w Sztokholmie z inicjatywy Davida Isberga. To dopiero on zaprosił do zespołu 16-letniego Mikaela Akerfeldta, który przejął po nim pałeczkę lidera i obowiązki wokalne.

Już na pierwszych płytach grupy wyraźnie było słychać, że muzycy nie zamierzają się okopywać w konwencjonalnych rejonach okupowanych przez ortodoksyjnych deathmetalowców. Na debiutanckim „Orchid” słychać już było fragmenty akustyczne i zaśpiewane czystym głosem. Kolejne albumy tylko poszerzały ten styl - na drugim krążku znalazł się przeszło dwudziestominutowy „Black Rose Immortal”.

Dziś ciężko uwierzyć, że progmetalowi bogowie, o których mówi się częściej w kontekście King Crimson czy Toola, w początkowym okresie deklarowali się jako fani Iron Maiden, a nawet nagrali cover jego utworu „Remember Tomorrow”. Katalizatorem postępujących zmian był antychrześcijański concept album „Still Life” wydany pod szyldem nowej wytwórni i z nowym basistą Martinem Mendezem w składzie.

Bogatsi w nowe doświadczenia muzycy weszli do studia jesienią 2000 roku, by nagrać album uważany powszechnie za ich opus magnum. Cofnijcie się razem z nami do 2001 roku i dajcie zaprowadzić do Blackwater Park na jedyny w swoim rodzaju mroczny spacer...

Bliskość trędowatego

Podobnie jak przy „Still Life”, grupa wchodziła do studia z minimalnym przygotowaniem, bez żadnych pomysłów na teksty. Jedyne, co uprzednio zaplanowała, to tytuł krążka - jeszcze przed rozpoczęciem nagrań wiadomo było, że nowy materiał przyjmie miano „Blackwater Park”. Akerfeldt zaczerpnął tę nazwę od zapomnianego niemieckiego zespołu, który wydał w 1971 swoją jedyną płytę, „Dirt Box”.

Niemieccy progrockowcy z kolei zapożyczyli swój szyld z powieści „Kobieta w bieli” Wilkiego Collinsa, rozgrywającej się właśnie w posiadłości Blackwater Park. Takie gotyckie miejsce akcji idealnie pasowałoby zresztą też do płyty Szwedów, która już utrzymaną w charakterystycznym stylu Travisa Smitha okładką wprowadza w niewesoły nastrój. To idealna płyta na jesień, szczególnie pojawiający się w jednym z tytułów listopad.

Choć pierwsze dźwięki „Blackwater Park” atakują głośnym riffowaniem i agresywnym growlem. Ktoś niezaznajomiony z tematem może pomyśleć, że kompozycja przez ponad 10 minut będzie stanowiła deathmetalowy wyścig perkusji z gardłowym wyziewem otchłani, ale przecież Opeth słynął z takich numerów od zawsze. Już w połowie utworu wkracza akustyczne wyciszenie i delikatny głos Akerfeldta. Na swoim piątym krążku zespół doprowadził takie zmiany tempa do absolutnej perfekcji.

Z kolei warstwa tekstowa „The Leper Affinity” od razu sugeruje, że nie będziemy mieć do czynienia z łatwymi tematami. Tytułowa „bliskość trędowatego” jest w nim symbolem toksycznego związku, który opiera się na nieprzerwanym wzajemnym odpychaniu i przyciąganiu. Najbardziej agresywne partie współgrają z opowieścią o wykorzystującą drugą osobę „trędowatym”, który opiera relację na „erotycznej komunii”. Spokojniejszy, akustyczny fragment to wspomnienie - jakżeby inaczej - wiosny, kiedy jeszcze potrafił pohamować swą agresywną naturę.

Żniwa Wilsona

Człowiekiem, który z kolei utrzymywał w ryzach agresywną naturę Opeth był nie kto inny jak Steven Wilson, najbardziej znany wówczas ze swojej grupy Porcupine Tree (dziś należałoby do tego dodać dorobek solowy i niezliczone występy gościnne u innych artystów, a także remasterowanie na masową skalę klasyków rocka progresywnego). To on podjął się niełatwego zadania wyprodukowania „Blackwater Park”, a także dodał własne partie gitarowe, zagrał na klawiszach i melotronie, a nawet użyczył w tle własnego głosu.

Jego obecność jest wyraźnie słyszalna w spokojniejszych, bardziej melancholijnych fragmentach dzieła Opeth. Wystarczy posłuchać „Bleak” (zwolnienie znów mniej więcej w połowie) czy obdartego z deathmetalowej brutalności „Harvest”, by nie mieć wątpliwości, kto siedział w studiu ze Szwedami. To dzięki niemu cała ta metalowa brzydota tak idealnie współgra z romantycznymi solówkami na gitarze akustycznej i klasycznymi brzmieniami, których nie powstydziłyby się zespoły z lat siedemdziesiątych.

Ukoronowaniem tej umiejętnie operowanej dramaturgii jest wyrastający niczym ciąg dalszy z „Harvest” singiel „The Drapery Falls”. Tutaj okazuje się, że piękno było tylko ułudą, nad akustycznymi partiami unosi się niepokojące, psychodeliczne riffowanie. Głos, któremu dotąd ufaliśmy, jest telefonicznym echem z oddali (znów firmowy patent Wilsona), a pozornie budujący refren to żałosne błaganie o powrót do depresji. Oczywiście to zaledwie połowa kompozycji - potem jest jeszcze growl, zabawy tempami godne Roberta Frippa... i znów nieoczekiwany przeskok do grania jak przy ognisku.

Ale dokładnie taka jest ta płyta: nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać, każdy skrawek melodii może okazać się zwodniczy, a światełko w tunelu najprawdopodobniej zaraz okaże się pędzącym bezlitośnie w naszą stronę pociągiem. Co ciekawe, charakter tej muzyki wyraźnie odcisnął też piętno na samym Wilsonie. Wystarczy porównać sobie „Lightbulb Sun” - ostatni album Porcupine Tree przed współpracą z Opeth - z wydanym już po albumie Szwedów „In Absentia”.

Listopadowe lamenty

Z powyższego opisu wyłania się obraz płyty nie tyle mrocznej, co skrajnie depresyjnej, a wręcz zdradzającej znamiona psychozy maniakalno-depresyjnej. Za najwyraźniejszy epizod maniakalny należałoby uznać pewnie „Harvest”, gdzie szukać tego najbardziej depresyjnego? Jeśli nie we wspomnianym „The Drapery Falls”, to w samobójczym „Dirge for November”.

Akerfeldt jak zwykle zaczyna od zmyły. Akustyczny wstęp to ciche, samotne akordy towarzyszące jego przejmującemu wokalowi. W swoim najbardziej lirycznym wcieleniu kradnie duszę słuchacza, roztaczając przed nim apokaliptyczną wizję świata, w którym pozostał sam bez żadnych ukochanych przy życiu. I już jesteśmy gotowi mu współczuć, kiedy przeszywa nam serce riffowym ostrzem. Długie gitarowe interludium wzbogaca wreszcie jego najagresywniejszy growl, w którym zdradza szczegóły swojego samobójstwa.

Choć temat niewesoły, nie da się ukryć, że to zdecydowanie ulubione rejony lidera Opeth. Sam się z tym nie kryje i otwarcie mówi, że śmierć jest jego ulubionym tematem.

"

Zawsze się na niej skupiam, bo uwielbiam to, ile można na jej temat powiedzieć. Z jak wielu perspektyw da się ją ująć. Jest tyle utworów na temat śmierci, ale też wiele specyficznych rzeczy... "

„The Funeral Portrait” nie pozostawia już żadnych złudzeń. Choć rozpoczyna go nieco orientalnie brzmiące intro, to najbrutalniejszy kawałek na płycie, w którym Akerfeldt pozostawia sobie chwilę oddechu dopiero na sam koniec, kolejny raz kpiąc sobie z klasycznej piosenkowej konwencji. Tak mógłby brzmieć Tool zmiksowany z King Crimson i Celtic Frost. Po pogrzebowym popisie agresywnej energii niespełna dwuminutowa miniatura „Patterns in the Ivy” jest w pełni na miejscu.

Finał w Blackwater Park

Szczególnie że najlepsze danie zostawiono nam na deser. 12-minutowy utwór tytułowy to moment, kiedy docieramy do upragnionego Blackwater Park. To po raz kolejny apokaliptyczna, bezlitosna wizja, ukazująca krwawą zagładę tytułowej wioski, która padła ofiarą zarazy. Oczami wyobraźni obserwujemy, jak nadchodzi dzień sądu dla jej mieszkańców, aż w końcu i sam narrator ulega chorobie.

Cała historia stanowi zgrabną alegorię dla naszego całego świata, toczonego przez przemoc i korupcję, które ludzkość od zawsze tak uwielbiała. Mieszkańcy Blackwater Park wpadają w panikę i błądzą bez celu, podobnie jak ludzie, którzy nie wiedzą dokąd zmierzać. To zarazem przestroga, że jeśli nie odwrócimy się od zgubnych upodobań, spotka nas podobny los. Puenta Akerfeldta pozostaje w pamięci na długo.

"

Chore związki zrodziły ten monumentalny ślad
Słońce zachodzi na zawsze nad Blackwater Park "

Piąty album Szwedów doczekał się również specjalnego, dwupłytowego wydania. Na bonusowym krążku znalazły się dwie premierowe kompozycje: wybrany do jego promocji „Still Day Beneath the Sun” oraz druga, bardziej rozbudowana część „Patterns in the Ivy”. W 2010 roku ukazało się również zremiksowane wznowienie z dodatkowym DVD, na którym album został zaprezentowany w systemie dźwięku przestrzennego. Znalazł się też na nim dokument o powstawaniu płyty.

„Blackwater Park” do dziś uznawany jest za największe dzieło w dorobku Opeth. Album regularnie trafia na wszelkiej maści listy progresywnych płyt wszech czasów. W zestawieniu magazynu „Rolling Stone” z 2015 roku zajął 28 miejsce. Z kolei tytułowy utwór zajął 2. lokatę w rankingu 50 najlepszych metalowych utworów XXI wieku portalu Loudwire.

A Wy jak wspominacie „Blackwater Park”?

Jakub Gańko
Tagi: Rock News Opeth