Kodaline: Tylko w Polsce zapraszamy fanów na scenę [WYWIAD]
Kodaline wydał koncertowy album "Our Roots Run Deep". Wokalista Stephen Garrigan oraz perkusista Vinny May opowiedzieli redakcji Antyradio.pl jakie to uczucie wrócić na scenę po długiej, pandemicznej przerwie.
Aleksandra Degórska: Jest to mój pierwszy wywiad od 2 lat, który przeprowadzam twarzą w twarz, a nie przez zooma czy telefon. Jak będziecie wspominać czas pandemii?
Stephen Garrigan: Świat się zatrzymał, gdy zaczęła się pandemia, to było przerażające. Cały czas byliśmy w trasie – wydaliśmy pierwszy album w 2013 roku i od 2012 ciągle dawaliśmy koncerty. Mieliśmy zaplanowane koncerty w wielu krajach, które początkowo przenieśliśmy, a potem w końcu odwołaliśmy. To było straszne dla koncertujących zespołów, branży koncertowej, organizatorów festiwali. Jednocześnie myślę, że potrzebowałem takiej przerwy.
Vinny May: Tak to wygląda – ciągle jeździsz w trasę, piszesz piosenki, wydajesz kolejne albumy. Byliśmy cały czas zajęci od 2012 roku. Gdy wybuchła pandemia mieliśmy przerwę i czas, żeby naładować baterie. Myślę, że wszyscy tego potrzebowaliśmy, ale nie przez tak długi czas, który wymusiła pandemia. Skończyliśmy prace nad 4. albumem i tydzień później zaczął się lockdown. Chcieliśmy wydać ten krążek i w końcu ukazał się w czerwcu 2020. To było dziwne, że nie mogliśmy robić tego, co zawsze – promować albumu, grać na festiwalach, występować w radiu czy telewizji, udzielać wywiadów twarzą w twarz. Fajnie było mieć taką przerwę, ale dobrze, że już wszystko wróciło do normy.
Stephen Garrigan: Mieszkamy dosyć blisko siebie, kontaktowaliśmy się online, ale pierwszy raz od 10 lat mieliśmy tyle przestrzeni.
Pandemia wiele zmieniła w naszym życiu. Zauważacie też, że również coś się zmieniło na koncertach?
Stephen Garrigan: Fani przychodzą chętnie na koncerty i wydają się być bardzo wdzięczni, że mogą być na koncercie razem z innymi ludźmi, chętnie razem śpiewają. Koncerty, które daliśmy w Europie były po prostu świetne, ludzie bawili się na całego. Wiesz jak to działa – doceniasz dopiero coś, gdy to stracisz i jesteś za to jeszcze bardziej wdzięczny, gdy to do ciebie wróci.
Vinny May: Ludzie są po prostu szczęśliwi, że mogą być na koncercie, usłyszeć muzykę na żywo. To jest część naszego życia, muzyka nas identyfikuje i to tragedia, gdy nam się to zabiera.
Wielu artystów chwali sobie koncertowanie w Polsce. Zawsze podczas wywiadów pytam o jakieś zabawne historie czy fajne wspomnienia z występów u nas. Jak wspominacie koncerty w Polsce?
Vinny May: W 2018 roku graliśmy ostatni raz w Polsce i na koncercie fani mieli wielki baner.
Stephen Garrigan: Na ostatniej piosence fani zorganizowali specjalną akcję, to był piękny widok. Przecież to jest taki wysiłek wszystko trzeba zorganizować. Zawsze fani chcą wejść na scenę, z nami zaśpiewać, tylko w Polsce zaprosiliśmy na scenę dziewczynę, która miała baner z napisem, że chce z nami wystąpić. Tylko w Polsce zapraszamy fanów na scenę, może jesteście bardziej przekonujący lub głośniejszy niż fani w innych krajach? (śmiech)
Niejednokrotnie artyści wspominali mi o takich koncertowych akcjach, w sumie jest to dosyć normalne dla nas, że zawsze coś przygotowujemy na koncerty.
Vinny May: Tak, to bardzo wyjątkowe, w innych krajach się z tym nie spotkaliśmy. Nie wiem, jak Polacy wnieśli ten wielki baner na nasz koncert. Muszą przecież jakoś to wcześniej wszystko ustalić, to niesamowite.
Oczywiście muszę zapytać o wasz najnowszy album "Our Roots Run Deep", który jest zapisem akustycznego koncertu. Skąd w ogóle taki pomysł? Co było najtrudniejsze w tym przedsięwzięciu?
Stephen Garrigan: Coś takiego chcieliśmy od dawna zrobić. Zagraliśmy koncert w Dublinie, w jednej z naszych ulubionych sal w Europie. Mieliśmy w planach trasę z akustycznymi koncertami, ktoś zasugerował, by nagrać występ i wydać go w formie albumu koncertowego. Zawsze chcieliśmy coś takiego zrobić, stworzyliśmy setlistę z naszych ulubionych utworów – wyszło z tego „greatest hits” w nietypowy sposób. Wbrew pozorom nie było to duże wyzwanie, po prostu zagraliśmy akustyczny koncert. Chcieliśmy, żeby słuchając nagrania ludzie mieli wrażenie, że są na koncercie. Liczymy na to, że słuchając płyty czuje się tę atmosferę. Jesteśmy fanami albumów na żywo, a pojawia się ich coraz mniej. Chcieliśmy zatem wydać płytę, z której będziemy dumni i tak też się stało. Mamy nadzieję, że ludziom się spodoba tak bardzo, jak nam tworzenie tego albumu.
Jak dokładnie układaliście setlistę na ten koncert?
Stephen Garrigan: Wybraliśmy po prostu najpopularniejsze nasze piosenki i covery. Niektóre z nich graliśmy już wcześniej, np. Sama Cooke'a, wokalisty soulowego, często to gramy na koncertach oraz dla stacji radiowych. Kiedyś jak lecieliśmy z Kanady do Stanów zatrzymano nas na granicy i siedzieliśmy tam do 3 w nocy. Straż nie chciała uwierzyć, że jesteśmy zespołem i kazali nam coś zagrać. Wykonaliśmy wtedy utwór Cooke'a i 10 minut później nas już puścili. Na płycie jest też cover "Billie Jean", to jest po prostu świetna piosenka. Zazwyczaj piszemy utwory na akustycznej gitarze lub pianinie i jeżeli piosenka jest dobra w takiej wersji, to znaczy że w pełnej wersji będzie jeszcze lepsza. Myślę, że to jest właśnie wyznacznik dobrego utworu – nawet w wersji akustycznej brzmi dobrze i właśnie "Billie Jean" jest takim kawałkiem.
Zaskoczyła mnie ta piosenka na waszej płycie. To przecież dyskotekowy klasyk, a tu nagle słyszymy zupełnie inną wersję znanego wielkiego hitu.
Vinny May: To właśnie jest najfajniejsze w coverach, gdy tworzysz swoją wersję, interpretację utworu. To po prostu jest dobra piosenka.
Stephen Garrigan: Pamiętam, jak graliśmy akustyczny występ dla BBC Radio i 5 minut przed powiedziano nam, że musimy zagrać cover. W lobby stało pianino Eltona Johna, nie wiedzieliśmy o tym. „Billie Jean” był pierwszym utworem, który zagraliśmy przy tym pianinie. Potem wykonywaliśmy wiele razy ten kawałek na koncertach. Na naszej nowej płycie jest jeszcze cover irlandzkiej piosenki.
Wiem, że pracujecie nad nowym albumem. Zamierzacie też go utrzymać w takim akustycznym klimacie?
Stephen Garrigan: Nie, będzie to album w typowym dla nas stylu, ale będą akustyczne momenty. Nasza koncertowa akustyczna płyta to pojedynczy przypadek, raczej do tego już nie wrócimy. Jeszcze nie usiedliśmy do konkretnego planu, ale nowy album powinien się pojawić pod koniec następnego roku.