advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:

Sam Fender "People Watching" [RECENZJA]

Aleksandra Degórska
AKTUALIZACJA 20.02.2025 20.02.2025 22:21
AKTUALIZACJA 20.02.2025 20.02.2025 22:21

Sam Fender powrócił z trzecim studyjnym albumem "People Watching". Czy warto posłuchać tej płyty? 

Sam Fender

Zawsze, gdy myślę, że w rockowym świecie pozostały same dinozaury, pojawia się nagle ktoś nowy, kto sprawia, że znowu wierzę w rocka. Śledzę poczynania Sama Fendera od jego pierwszego krążka i chociaż wiem, że na najnowszej płycie nic mnie nie zaskoczy, to właśnie tego potrzebuję - przyjemnego wokalu przy akompaniamencie gitary, melodyjnych opowieści o życiu. Tyle i aż tyle.

Sam Fender "People Watching" [RECENZJA]

Nie wiedzieć czemu za każdym razem, gdy odpalałam nową płytę Sama Fendera "People Watching" zaczynam uśmiechać się pod nosem. Ten album jest lekki i przyjemny jak podmuch wiosennego wiatru. Odnoszę wrażenie, że coraz bardziej zapominamy o tworzeniu ładnych melodii na rzecz krzykliwej muzyki, która ma przyciągnąć nasze skupienie przez 7 sekund i zniknąć w czeluściach internetu.

W porównaniu do poprzedniego albumu "Seventeen Going Under", nowy krążek jest bardziej zróżnicowany, pojawiają się sekcja dęta i skrzypce, ale słuchając całości pomyślicie sobie "ach, "stary", dobry Sam Fender". Jeżeli chcecie po ciężkim dniu posłuchać prostych, wpadających w ucho melodii, to muzyka Sama Fendera jest jak najbardziej dla Was.

Album otwiera tytułowy "People Watching", który jest energetycznym początkiem płyty i świetnie się sprawdzi na koncertach. Przy kolejnym utworze „Nostalgia’s Lie” mam ciarki, chciałoby się wręcz wsiąść do auta i pojechać w nostalgiczną podróż. Podobnie "Springsteenowy vibe" ma piosenka "Crumbling Empire".

Na tle tych piosenek wyróżnia się numer "Wild Long Lie", który utrzymany jest w klimacie country. Gatunek ten przeżywa ostatnio renesans i wielu artystów chętnie eksperymentuje z country, które zdobywa wciąż nowych fanów. Wisienką na torcie w tym utworze jest solówka gitarowa, jakby od niechcenia, ale totalnie urzekająca. 

Najbardziej przypadł mi do gustu utwór "TV Dinner", który skojarzył mi się z patetyzmem piosenek Hoziera. Skrzypki oraz elektroniczne "przeszkadzajki" tworzą piękną ścianę dźwięku, która wręcz brzmi przytłaczająco. Również w efektownym utworze "Remember My Name" Sam Fender przy akompaniamencie sekcji dętej brzmi jakby śpiewał wzniosłą modlitwę chwaląc się swoimi zdolnościami wokalnymi. Ta płyta pięknie płynie i trzeba jej słuchać w całości od początku do końca.

Dlaczego mam ciary, gdy z głośników leci Sam Fender? Chyba mój przebodźcowany mózg potrzebuje muzyki, która wycisza i robi „dobrze” mojemu sercu. Na tej płycie są nostalgia, ładne melodie, które otulają niczym ciepły koc. Sam Fender, chociaż nie posiada wyjątkowej barwy głosu, potrafi śpiewać autentycznie, od serca. Nie pomylisz go z żadnym innym wokalistą.

Ocena 8,5/10