Kasprol: "To, co w muzyce było najważniejsze, stworzyli Haydn, Mozart i Beethoven" [WYWIAD]
Jest wykształconym muzykiem, kompozytorem, a zamiłowania producentem muzycznym, realizatorem dźwięku i multiinstrumentalistą. W ekskluzywnym wywiadzie dla Antyradia, Tomasz "Kasprol" Kasprzyk opowiedział o swojej karierze, ulubionych artystach oraz zamiłowaniu do radia.
Musisz wybrać tylko jeden zawód. Zostajesz muzykiem czy dziennikarzem?
- Na całe szczęście mam to już za sobą. Podjąłem tę decyzję jeszcze w Akademii Muzycznej w Łodzi. Zawsze pociągała mnie rozrywka i w pewnym sensie nieprzewidywalność, więc radio wydawało się naturalnym wyborem. Ten teatr wyobraźni towarzyszył mi od niepamiętnych czasów, a los sprawił, że moje muzyczne umiejętności zaczęły się przekładać na to, jak radio może brzmieć. Nie spodziewałem się, że to będzie tyle trwało i jestem szczęśliwy, że wciąż mogę robić to, co lubię, w radiu, które gra muzykę taką, jakiej słucham na co dzień i jeszcze mi za to płacą.
Współpracujesz z artystami jako muzyk, ale jesteś też dziennikarzem, felietonistą. To sprawia, że w pewnym sensie stajesz się i krytykiem muzycznym. Czy to stawia Cię w trudnej sytuacji? Zdarzyło Ci odmówić lub "gryźć się w język"?
- Unikam słowa krytyk muzyczny jak ognia, bo od razy przypomina mi się powiedzenie, że „krytykiem muzycznym jest zazwyczaj niedoszły muzyk, a krytykiem teatralnym niedoszły aktor”. Wolę mówić recenzent, choć i to zbyt hucznie brzmi.. Staram się pisać i mówić o rzeczach, które poniekąd sam przeżywam, i które mnie zachwycają lub irytują. Choć nie ma to nic wspólnego z tworzoną przez kogoś muzyką. Nigdy nie napisałem recenzji płyty, która mi się nie podobało, bo uważam, że to są tylko gusta, a swoje uwagi mogę przecież przekazać osobiście, bez oznajmiania ich całemu światu. Oczywiście, jeśli ktoś chce słuchać. Delikatna materia. Wolę napisać o płycie, która wzbudziła mój szacunek i osobiście polecić, niż krytykować. To co mnie się nie podoba, może być przebojem w opinii publicznej i odwrotnie.
Jakie jest Twoje ostatnie największe muzyczne odkrycie?
- Nie szukam nowości z zapartym tchem, by znaleźć coś nowego, bo koło już zostało dawno wymyślone. Zawsze powtarzam – to co w muzyce było najważniejsze stworzyli Haydn, Mozart i Beethoven – reszta to już tylko wariacje na ich temat. Z zaciekawieniem obserwuję jak obecnie mieszają się gatunki muzyczne i jak coraz trudniej niektórych artystów „zaszufladkować”. A to tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że muzyka pięknie ewoluuje i pozostaje dla odbiorcy wciąż odrobinę nieprzewidywalną.
Czy są w Polsce artyści, którzy Twoim zdaniem mogliby zrobić wielką, światową karierę?
- Nie wiem, co dzisiaj znaczy słowo „wielka”. Uważam, że na jakikolwiek sukces składa się 10% talentu i 90% ciężkiej, systematycznej i mozolnej pracy. Aby być zauważonym i utrzymać się na muzycznym rynku, trzeba mieć bardzo dobrze poukładane w głowie, zdawać sobie sprawę ze swoich słabości, mieć wytyczony cel i dobrze zaplanowane działania pozasceniczne oraz - być może w niektórych kręgach najważniejsze - stalowe cztery litery. O pokorze nie wspomnę. Uważam, że na naszym rynku jest sporo takich artystów, którzy mają zadatki na „światowe kariery”. Kluczowe jest jednak, żebyśmy postarali się uwolnić od ciągłego podpatrywania zachodu i wzorowania się na nim i skupili się na „artystycznym ja” tu i teraz.
Istnieje muzyk/formacja, której fenomenu nie jesteś w stanie pojąć?
- Oczywiście, że tak, ale mówienie o tym publiczne będzie się wiązało z krytyką, a tego chciałbym uniknąć. Muzyka wciąż mnie zadziwia, a obserwacja rynku, trendów i list sprzedaży, raz na jakiś czas mi pokazuje, że jednak się nie znam
Byłeś również dyrektorem muzycznym Antyradia. Czy zdarzyło Ci się odsłuchać płyty, materiału od muzyka, który odrzuciłeś, a ten okazał się później wielkim hitem?
- Nie, natomiast parę razy zdarzyło mi się, że nie byłem przekonany, jeśli chodzi o wybór singla, a ten okazał się „strzałem w dziesiątkę”. Takie rzeczy tylko uczyły mnie pokory i wciąż zresztą uczą. Pielęgnuję w sobie to, że nie wiem wszystkiego, bo inaczej życie byłoby nie do zniesienia.
Od lat pracujesz w radiu, ale czy zdarza Ci się być również słuchaczem? Co wtedy wybierasz?
- Słucham bardzo zróżnicowanej muzyki. Najciekawsze jednak jest to, że jak słucham muzyki w samotności to łapię się na tym, że słucham jej w sposób dwojaki. Albo jako redaktor muzyczny, zwracając uwagę na formę, przebojowość, styl, tempo i radiowy jej potencjał, albo jako muzyk – analizując poszczególne partie instrumentów, linie melodyczną, drugi i trzeci plan, aranżacje, harmonie. Ciekawym jest, że najlepiej odpoczywam przy muzyce, którą znam na wylot i już się nad nią pozostanawiałem – obojętnie czy jest to Czajkowski, Strawiński, Rush, czy Tool.
Głos od którego jesteś uzależniony muzycznie?
- Trudno tu mówić o uzależnieniu. Ale głos, który sam w sobie był/jest dla mnie muzyką, to Chris Cornell. I jego piano, które kruszy me serce i jego forte, które przyprawia o dreszcz jest tym czymś, co dla mnie w śpiewie jest bezcenne. Pełna koncentracja na wokaliście i podążanie za nim bez względu na to, co dalej zrobi…
Koncert, za który dałbyś się zabić:
- Nie dałbym się zabić za żaden koncert, bo odebrałbym sobie możliwość zobaczenia czegoś, o czym jeszcze nie wiem, a być może czegoś nawet dużo lepszego. Muzyka jest nieprzewidywalna i w tym tkwi jej prawdziwe piękno.