06.04.2020 15:20
06.04.2020 15:20

Na wstępie warto przypomnieć, że „Dom z papieru” to serial, który powstał pierwotnie dla hiszpańskiej telewizji Antena 3. Stanowił zamkniętą historię, opowiadającą o śmiałym napadzie na mennicę państwową. Kiedy został zakupiony na licencji przez Netfliksa, okazał się tak wielkim sukcesem, że szybko zdecydowano się odkupić do niego prawa i zamówić kolejne serie. Tym sposobem w 2019 roku otrzymaliśmy „część 3”, a kilka dni temu także „część 4” historii. 

"Dom z papieru" 4 – czy był sens wydłużać tę historię na siłę?

Twórcy musieli w krótkim czasie wymyślić nową fabułę, która w wiarygodny sposób kontynuowałaby zakończoną w 22 odcinkach opowieść. Z zadania wywiązali się całkiem nieźle, tworząc żwawszy, bardziej napakowany akcją, lepszą muzyką i efektami specjalnymi, sezon 3.  Być może zalążek fabularny był naciągany, ale 3. sezon pokazał, że twórcy nadal świetnie potrafią bawić się formułą swojego serialu i umiejętnie budować napięcie

Cóż, w 4. serii jednak ewidentnie w tym wszystkim przedobrzyli. Fakt, że akcja rozpoczyna się dokładnie tam, gdzie została przerwana, stanowi największy plus nowych odcinków. Dzięki takiemu zagraniu widz jest od razu wrzucony w wir rozpędzonych wydarzeń i ponownie może odczuwać napięcie. 

Czytaj także: "Dom z papieru", sezon 3 [RECENZJA]

4. sezon "Domu z papieru" – problemy widoczne gołym okiem

Gorzej, że im dalej w las, tym czeka na nas coraz więcej nietrafionych decyzji. Po pierwsze – twórcy nadmiernie polegają na retrospekcjach, które w zasadzie niewiele wnoszą do bieżącej opowieści. Wesele Berlina, jego pierwsze pojawienie się w banku, czy prośba Nairobi skierowana do Profesora, to sceny bez których spokojnie byśmy się obeszli. 

Dom z papieru - recenzja 4. sezonu Fot. materiały prasowe Netflix

Największą kością niezgody i braku uzasadnienia jest dla mnie jednak moment, w którym Berlin zupełnie bez powodu dokonuje brutalnej napaści na mężczyznę w restauracji. Scena ta nie dość, że jest nieuzasadniona i niepotrzebna, to działa jedynie na zasadzie szokowania widza. Jedynym uzasadnieniem dla jej pojawienia się byłaby konstatacja dlaczego najnowszy plan ekipy Profesora tak szybko legł w gruzach. Skoro tworzył go szaleniec, to wiadomo że sam plan będzie równie szalony. Ale nie – scena ta nie zostaje ustawiona w jakimkolwiek kontekście – w zasadzie pojawia się i znika, bez żadnych konsekwencji dla innych wydarzeń na ekranie.

Po drugie – szokowanie widza dla samego szokowania widza. Wspomniana wyżej scena w toalecie to tylko jeden z kilku przypadków szokowania widza, tylko i wyłącznie dla sztucznego wywołania szybkiej i mocnej reakcji. Pod koniec sezonu dostajemy bowiem bardzo dramatyczne wydarzenie, które wstrząsa grupą. Sęk tkwi w tym, że sposób w jaki do niego doprowadzono, jest kompletnie bezsensowny i nieuzasadniony. Chwila, w której następuje dramatyczny zwrot, jest zwyczajnie źle ograna. Jasne – jest szokująca, ale koniec końców okazuje się też mniej znacząca niż gdyby rozwinąć ją w zupełnie inny sposób, pokazać w innym momencie. To trochę tak, jak w 8. sezonie „Gry o tron”, gdy nagle w trzecim odcinku następuje twist, który całkowicie zabija jakiekolwiek dalsze napięcie w serialu. Tutaj wydarzenie ma teoretycznie podbić stawkę i nadbudować napięcie, ale de facto robi coś zupełnie odwrotnego. Widz przestaje się przejmować niektórymi rozwiązaniami.

Dom z papieru - Nairobi Fot. materiały prasowe Netflix

Trzecim, największym problemem, jest to, że dla szybkiego tempa wydarzeń, twórcy poświęcili zasady logiki. „Dom z papieru” zawsze charakteryzował się żwawym tempem wydarzeń oraz dość pretekstową fabułą, która do nich doprowadzała. Tym razem jednak ilość motywów szytych grubymi nićmi zdaje się być większa niż poprzednio. W tym kontekście najbardziej drażni to, co dzieje się w nowych odcinkach z postacią Palermo. Jego działanie wydaje się bowiem podyktowane jedynie zasadą scenarzysty – „teraz musi wydarzyć się coś dramatycznego”, aniżeli przemyślanym działaniem ze strony bohatera.

W tym kontekście drażni też brak konsekwencji. Tak, jak w przypadku Berlina, którego działania nie spotykają się z żadną karą, tak nieodpowiedzialne zachowanie Palermo nie otrzymuje żadnej nagany.

Niech się dużo dzieje. Nieważne dlaczego.

Coraz więcej decyzji ekranowego świata zdaje się działać na zasadzie: „Ma się dużo dziać, nieważne dlaczego”. Jeśli więc lubimy wybuchy, strzelaniny i zaskakujące, choć nieuzasadnione zwroty akcji, to jasne – 4. sezon może nam się podobać. Jeśli jednak lubimy też, by za poszczególnymi scenami kryła się jakaś logika, możemy się szczerze zawieść. 

W całym tym kontekście warto zauważyć, że „Dom z papieru” zaczyna coraz mocniej przypominać amerykański serial „Skazany na śmierć”, ze wszystkimi plusami i minusami tego porównania. W tamtym niezwykle popularnym serialu również przed bohaterem piętrzyły się przeciwności losu, a napięcie rosło z każdą kolejną sceną. Tam także wielokrotnie poświęcano logikę i zasady zdrowego rozsądku na rzecz szybszej, żwawszej i bardziej szokującej akcji. Ba! W obu serialach dostajemy nawet dramatyczną scenę z przylotem helikoptera. Na tym etapie tym, co różni obie produkcje to brak nieoczekiwanych zmartwychwstań postaci.

4. sezon „Domu z papieru” nie jest już tak udanym tworem, jak poprzednie serie. Przede wszystkim widać, że twórcom nieco ciąży dotychczasowy sukces serialu. Zamiast płynnie poprowadzić akcję, za wszelką cenę starają się podbijać stawkę i jeszcze bardziej szokować widza. Sęk tkwi w tym, że na rzecz tanich podniet poświęcili logikę przedstawionych wydarzeń. To zaś sprawiło, że w dłuższej perspektywie perypetie bohaterów przestają nas obchodzić, a nasze zaangażowanie w historię maleje. Po co mam angażować się w coś, co sami twórcy zdają się traktować po macoszemu?

Ocena: 5/10

Michał Kaczoń
Michał Kaczoń Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.