20 lat temu ukazał się album „Refresh the Demon” grupy Annihilator
11 marca 1996 roku ukazała się piąta płyta kanadyjskich thrashmetalowców z zespołu Annihilator. Przypomnijcie sobie z nami ten krążek.
Grupa Jeffa Watersa - jedynego jej stałego ogniwa na przestrzeni ponad 30 lat - pozostaje wciąż jednym z najistotniejszych zespołów metalowych z Kanady. Do dziś żaden reprezentant ciężkiego brzmienia z tego państwa nie osiągnął większego nakładu swoich albumów, mimo że większość z nich sprzedano poza jego ojczyzną.
Annihilator ugruntował swoją pozycję na metalowej scenie już dzięki dwóm pierwszym albumom, „Alice in Hell” z 1989 roku oraz wydanemu rok później „Never, Neverland”. Do dziś zaliczane są one do thrashmetalowej klasyki, oczywiście mając na uwadze, że gatunek ten działał prężnie nie tylko w słynącej z Wielkiej Czwórki Ameryce.
Dziś zespół ma na koncie 15 studyjnych wydawnictw - jego dorobek zamyka „Suicide Society” z 2015 roku. Z okazji 20. urodzin przypomnijcie sobie razem z nami jego piąty album studyjny, „Refresh the Demon”.
Powiew lat dziewięćdziesiątych
Swoim debiutanckim „Alice in Hell” Annihilator wdarł się mocnym uderzeniem do świadomości metalowców na całym świecie, dzięki czemu mógł od razu wyruszyć w międzynarodową trasę koncertową u boku Testamentu i Onslaught. Zespołowi nie zaszkodziło nawet odejście wokalisty Randy'ego Rampage'a i jego kolejny album osiągnął jeszcze większy nakład.
„Never, Neverland” okazał się jedynym krążkiem kapeli, który w ogóle wylądował na brytyjskiej liście sprzedaży. Co prawda dotarł do 48. miejsca, jednak ogólny sukces płyty pozwolił Kanadyjczykom połączyć tym razem koncertowe siły z Judas Priest i dopiero ruszającą na podbój długowłosego świata Panterą. Grupie udało się uzyskać mocne wsparcie ze strony wytwórni Sony i podlegającego jej Epic Records.
Niestety, nawet ono nie było w stanie pomóc jej przy trzecim albumie, wydanym w 1993 roku „Set the World on Fire”. Kolejne roszady personalne (w tym ciągłe zmiany wokalistów) utrudniały zespołowi promowanie materiału na żywo, przede wszystkim jednak tranformacji ulegał sam rynek cięższej muzyki. Thrash i heavy metal wypierała moda na grunge, a coraz więcej wytwórni płytowych rezygnowało z wydawania kapel metalowych.
Tym samym Annihilator uległ chwilowemu rozpadowi, a wydany w 1994 roku krążek „King of the Kill” był zasadniczo solową płytą Jeffa Watersa, nagraną jedynie w towarzystwie perkusisty Randy'ego Blacka. Gitarzysta stanął również za mikrofonem, gdzie wytrwał jeszcze przez dwie kolejne płyty - czyli dłużej niż jakikolwiek wokalista Annihilatora wcześniej.
Odświeżanie demona
Choć tytuł mógłby sugerować co innego, wydany rok później „Refresh the Demon” w dużej mierze powtórzył formułę „King of the Kill”. Tym razem w nagraniach wzięli udział gitarzysta Dave Davis i Lou Bujdoso z Meatwagon, którzy wspomagali już zespół na koncertach. Produkcją materiału zajął się sam Waters w towarzystwie Paula Blake'a.
Cały album stanowił powrót do szybszych korzeni zespołu, bliższych jego dokonaniom z pierwszych dwóch płyt. Lider postawił tym razem przede wszystkim na zmasowany atak thrashowych riffów i partie instrumentalne. Wokale pełnią tu bardziej podrzędną funkcję niż na „King of the Kill”. Brzmieniowo krążek stanowi doskonały dokument czasów, w których powstawał i był wówczas w stanie przekonać największych niedowiarków, na co stać jeszcze Watersa.
O jego niesłabnącym talencie do mieszania chwytliwych riffów z melodyjniejszymi fragmentami przekonywał już otwierający album utwór tytułowy. Refren zostaje w głowie od samego początku i doskonale nadaje się na koncerty. Nic dziwnego, że stał się ich żelaznym punktem i przez lata był gorąco przyjmowany przez fanów.
Do promocji płyty wybrano jednak kompozycję „Syn. Kill 1”, którą charakteryzowało wręcz groovemetalowe brzmienie, zahaczające też o elementy industrialu. Nowoczesnemu podejściu do muzyki towarzyszył komputerowo-dokumentalny teledysk, całkiem zgrabnie wpisujący się w futurystyczne klisze lat dziewięćdziesiątych.
Pastor kataklizmów
Mimo chęci powrotu do korzeni nie sposób jednak nie zauważyć, że Annihilator nie pozostawał obojętny na to, co w połowie lat dziewięćdziesiątych działo się w dogorywającym powoli pod rodzącymi się modami na nu metal thrash i groove metalu. Jeden z najjaśniejszych punktów płyty, „The Pastor Of Disaster”, budzi skojarzenia z ówczesną twórczością Pantery. Obok wyjątkowej rytmiki wyróżniają go melodeklamowane partie wokalne.
W podobne rejony zdają się uderzać „Voices and Victims” (tym razem Waters skrył swój głos za zdehumanizowanym efektem) oraz jeden z bardziej przebojowych fragmentów „Refresh the Demon” w postaci utworu „Hunger”. Ten drugi znów flirtuje z industrialem, w którego stronę Annihilator zwrócił się na kolejnym, bardzo chłodno przyjętym albumie „Remains” z 1997 roku.
Z kolei największym pokazem riffowanej prędkości jest m.in. „Ultraparanoia”. Kawałek uderzałby wręcz monotonią, gdyby nie solówki Dave'a Davisa. Za niemalże jego kontynuację można uznać „City of Ice”, choć w tym numerze dzieje się już zdecydowanie więcej - choćby za sprawą większej obecności wokalnej Watersa.
Największą niespodzianką płyty jest zamykająca ją ballada „Innocent Eyes”. Przez jednych uznawana jako idealnie skrojona pod radiowe rozgłośnie, dla innych stanowiąca poruszający dowód wrażliwości gitarzysty. Choć Annihilatorowi zdarzały się tego typu kompozycje wcześniej, ta była wtedy najspokojniejszą z nich.
Kompromisem między balladowym opamiętaniem a thrashową gonitwą był najbardziej rozbudowany na albumie „A Man Called Nothing”. Wprowadzając powoli słuchacza w urzekającej introdukcji do kolejnych zdehumanizowanych wokalnie, groovemetalowych rejonów, oferuje w którymś momencie solówkę godną Adriana Belewa. Dzięki temu stanowił jednocześnie swoiste podsumowanie wszystkich zawartych na albumie środków. Do dziś przez wielu fanów uznawany jest za jedną z najlepszych kompozycji zespołu.
Między rogami demona
„Refresh the Demon” ukazał się oryginalnie 11 marca 1996 roku nakładem wytwórni Music For Nations. Regularnemu wydaniu z charakterystyczną okładką towarzyszyła limitowana edycja w digipacku. Oprawa graficzna tej drugiej pokazywała demona w całej okazałości, podczas gdy zwykłe wydanie prezentowało zbliżenie na jego rogi.
Z kolei japońska wersja płyty doczekała się bonusowego utworu pt. „Nothing to Me”. W późniejszych latach „Refresh the Demon” doczekał się licznych reedycji, które różniły się kolejnością kompozycji. Znalazły się na nich też dodatki w postaci kawałka „The Box” oraz coveru „Riff Raff” AC/DC. W 2009 roku niemiecki Steamhammer wznowił go na podwójnym winylu.
A jak Wy wspominacie piąty krążek Annihilatora?