Mike Bordin: Faith No More jest mroczny i wesoły [VIDEO]

Robert Skowronski
AKTUALIZACJA 18.06.2015 18.06.2015 09:30
AKTUALIZACJA 18.06.2015 18.06.2015 09:30

Choć jego dredy pokrył już siwy włos, to perkusista Faith No More ma w sobie dalej całe pokłady energii, ale i pokory. Rozmawialiśmy z nim m.in. o zawartości ostatniej płyty grupy, ale też o tym, czy nagrywanie krążka po 18 latach przerwy było trudne.

„Album of the Year”„Sol Invictus” dzieli szmat czasu. Muzycy zespołu wraz ze swoim powrotem na scenę w 2009 roku zdążyli się ponownie zgrać. Jednak estrada jest czym innym od kameralnej przestrzeni studia, gdzie zachodzi odmienna wymiana energii. Czy artyści natrafili na wewnętrzne barykady i problemy związane z tak długą przerwą od wspólnego nagrywania?

Czasami główne wejście do studia było zamknięte i musieliśmy sikać na parkingu - to był problem. Nagrywanie było czystą zabawą. Pracowaliśmy w swoim tempie. Wyłącznie my sami byliśmy w to zaangażowani. Wszystko zamykało się w wąskim kręgu. To była najwłaściwsza decyzja. 

Fani z pewnością posiadali swoje oczekiwania wobec nowej płyty Faith No More. W końcu czekali na nią wiele lat. Jednak czy Mike Bordin i reszta zespołu brali to pod uwagę, czy raczej skupili się na oddaniu swoich własnych emocji? 

Nie wiem czego ludzie od nas oczekują. Jedyną rzeczą, która pomaga mi iść do przodu jest to, że sam liczę na to, iż słuchacze chcą, abym dawał z siebie wszystko. A ja właśnie ofiarowuję im to co we mnie najlepsze, czymkolwiek to tylko jest. I o tym właśnie jest nowa płyta. O nas dających z siebie wszystko na co nas stać i robieniu tego co lubimy. Nie czuliśmy żadnej presji. Będąc już starszym, nie ma już tak dużo syfu, którego można by się było obawiać.

Co więcej Mike Bordin zdradził nam o płycie „Sol Invictus” i nastrojach w zespole? Sprawdźcie w pierwszej części naszego wywiadu!

Zespół wraz z nową płytą chciał zyskać niezależność obsadzając w roli producenta swojego własnego basistę. Ale dlaczego grupa wydała przy tym krążek własnym sumptem?

Każdy ci powie, że wytwórnie płytowe, czy przemysł muzyczny są martwe - mówię tu głównie o rynku amerykańskim. Oni po prostu nie wiedzieli co z nami począć, nie mieli żadnego pomysłu. Z wydawcami na świecie nie było już problemu - ci ludzie nas słuchali i czuli nas. Zupełnie odwrotnie było w Stanach Zjednoczonych, więc po co mielibyśmy podpisywać z nimi nowe umowy? Teraz tylko my ponosimy pełną odpowiedzialność za swoją pracę. Zarówno za porażki, jak i za sukcesy. To wyzwalające uczucie, dobrze jest mieć tę kontrolę.

Właśnie o niej, a także o okładce płyty oraz miłości do Ozzy'ego Osbourne'a i wychowywaniu się na muzyce Black Sabbath, powiedział nam Mike Bordin w drugiej części wywiadu.

Czy teraz inaczej patrzycie na płytę „Sol Invictus”?