Three Days Grace – Human
Three Days Grace rok po zmianie wokalisty nagrał nową płytę. Czy dał radę?
Odejście Adama Gontiera w 2013 roku musiało być dla zespołu ciosem, ale ani na moment nie zachwiało nim w posadach. Po ogłoszeniu decyzji byłego już lidera, reszta grupy postanowiła dokończyć trasę ze znanym z My Darkest Days, Mattem Walstem, zresztą rodzonym bratem basisty TDG Brada. Niedługo później został oficjalnie zaprezentowany jako nowy wokalista.
Zmiana na stanowisku „gardłowego” wymusiła, albo stała się pretekstem, do ewolucji stylistycznej. Three Days Grace to dziś zespół jeszcze bardziej zakorzeniony w nurcie nu metalowym, coraz mniej (lub zgoła nic) mający wspólnego z post – grungem (może poza „So What” będącym połączeniem ww gatunku z pop punkiem i emo śpiewem), z którego się wywodzi. To poniekąd naturalne, dlatego że sposób śpiewania obu Panów jest jednak odmienny. Gontier jest lepszy warsztatowo, Matt Walst to bardziej „krzykacz”, wokalista siłowy. Mając kogoś takiego na pokładzie Kanadyjczycy doszli do wniosku, że muzyka również musi być odpowiednio mocna.
Na „Human” królują nisko strojone gitary, mocne, nieco mechaniczne nabijanie perkusji i wspomniany krzyk Walsta, rzadko przechodzący w śpiew (ale oddajmy mu, że jak trzeba nieco umelodyjnić, to daje radę). Wszystko podbudowane dość gęsto użytą elektroniką. Całość przypomina nieco to, co zrobił na swojej ostatniej płycie Papa Roach, ale o ile w tamtym przypadku kwestionowałem sensowność użycia syntetycznych dźwięków w niektórych fragmentach, to na „Human” denerwują mnie znacznie mniej, można powiedzieć, że koegzystują z żywymi instrumentami (są wyjątki, ale o tym za moment).
Przy tym zespół nie stracił umiejętności ani do budowania ciekawych riffów, ani wpadających w ucho melodii. Jak wiadomo, dobre połączenie tych elementów gwarantuje w muzyce rockowej niemal pewny sukces. Weźmy taki „Car Crash” - na pierwszy rzut ucha zbyt słodki. Ale spróbujcie wyrzucić tę melodię z głowy! Albo z kolejnego „Nothing's Fair In Love And War” - refren po prostu niszczy. Zresztą kawałków zostających w głowie jest na „Human” większość. Na plus muszę wyróżnić także naprawdę świetne „Painkiller”, motoryczny „I Am Machine” czy punkujący „Landmine”. W spokojniejszym „The End Is Not The Answer” zachwyca refren. Jeśli doszukiwać się momentów słabszych, to byłby to wspomniany wcześniej „Human Race” - nieco zbyt elektroniczny, przez co nie działa z odpowiednią siłą. Podobne problemy ma zamykający album „The Real You”, które może zachwycić emo dzieciaki, ale niestety jest mocno pretensjonalny i trochę zbyt mocno kłania się modzie na wprowadzanie elementów elektroniki do muzyki rockowej.
Generalnie wygląda na to, że zmiana wokalisty nie wyszła Three Days Grace na złe. Oczywiście znajdą się starzy fani zespołu, którzy będą narzekać, ale jak wiadomo „haters gonna hate”. TDG idą swoją ścieżką i mam wrażenie, że wiedzą co robią. Niejeden numer z niej wyciągnięty powalczy o dobre lokaty na listach rockowych hitów. A „Human” to przebojowa płyta, z którą zdecydowanie warto się zapoznać.
Ocena: 4/5