"Mank", reż. David Fincher [RECENZJA]

30.11.2020 18:18
Mank David Fincher Fot. materiały prasowe Netflix

"Mank" to kino samoświadome zrealizowane na najwyższym poziomie. Czy jest jednak świadome tego, że jako przedstawiciel wymarłego gatunku nie sprzeda się, stojąc na jednej półce z łatwymi, lekkimi i przyjemnymi historiami oraz widowiskowymi blockbusterami? Być może właśnie tak i być może właśnie w tym tkwi jego największa wartość.

"Mank" to film, który bez wątpienia zasługuje na uwagę, uznanie i zachwyty krytyków. Wielbiciele X Muzy podatni na urok starego kina i turkot taśmy filmowej w projektorze, którzy rozpływają się, gdy taper przygrywa do "Świateł wielkiego miasta" podczas popołudniowego seansu w ich ulubionym kinie studyjnym, z pewnością będą nim zachwyceni. Jednak czy najnowsze dzieło Davida Finchera zdoła podbić serca netfliksowej publiczności? Obawiam się, że nie. I obawiam się, że ja tę netfliksową publiczność rozumiem.

Polecamy

"Mank" to wyznanie miłosne Finchera pod adresem kina

Opowieść o okolicznościach powstawania scenariusza do "Obywatela Kane'a", uznawanego za największe arcydzieło w dziejach kinematografii, wyszła spod pióra Jacka Finchera 30 lat temu. Stawiający wówczas swoje pierwsze kroki w branży filmowej David Fincher planował przenieść dzieło ojca na ekran, w głównej roli obsadzając Kevina Spaceya i Jodie Foster. Miał już na swoim koncie "Obcego 3", "Grę" i słynne "Siedem", gdy po raz pierwszy podjął próbę zrealizowania "Manka" w wytwórni Polygram. Studio nie zgodziło się jednak na nakręcenie filmu w czerni i bieli, a że Fincher nie wyobrażał sobie innej możliwości, scenariusz wylądował z powrotem w szufladzie. I dobrze się stało, bo nakręcił wówczas fenomenalny "Fight Club", następnie zdobył Oscara za "Social Network", po czym podjął długofalową współpracę z Netfliksem, gdzie po latach - już jako uznany reżyser o pewnej pozycji na rynku - zrealizował swoje marzenie sprzed ćwierć wieku. I choć można spierać się, co do tego, czy "Mank" trafia w swój czas i miejsce w historii kinematografii, Fincher nie mógł wymarzyć sobie lepszych warunków do stworzenia dzieła według swojej autorskiej wizji i na własnych zasadach.

Wielu krytyków i miłośników X Muzy uzna "Manka" za najwybitniejsze dzieło twórcy "Fight Clubu".

Rok 2020 jest zresztą korzystny dla "Manka" nie tylko przez wzgląd na wolność artystyczną, na jaką twórca "Mindhuntera" może sobie pozwolić, współpracując z Netfliksem. Przedstawiony w filmie wątek polityczny, w latach 90. nie poruszał nawet samego reżysera. U progu trzeciej dekady nowego tysiąclecia, ukazanie działań propagandowych podejmowanych przez studio MGM w celu zdyskredytowania kandydata Demokratów na urząd gubernatora stanu Kalifornia, przestało być już tylko kartką z kalendarza, stając się komentarzem do aktualnej rzeczywistości. Podobnie wygląda kwestia wielkiego kryzysu, który w latach 30. XX wieku dotknął niemal wszystkich mieszkańców Stanów Zjednoczonych, w tym przedstawicieli branży filmowej. Kiedy oglądamy, jak szeregowi pracownicy wytwórni tracą pracę i ubożeją z dnia na dzień, trudno nie odnosić tego do obecnego kryzysu gospodarczego wywołanego pandemią.

Powyższy opis to jednak dopiero wstęp do tego, co w filmie Finchera najważniejsze. A mianowicie do jego autotematyzmu eksponowanego od pierwszej po ostatnią scenę "Manka". Podobnie jak Tarantino złożył hołd kinematografii schyłku lat 60. w "Pewnego razu w Hollywood", przywracając do życia ówczesne gwiazdy ekranu, snując autentyczne anegdoty z planów zdjęciowych i zachowując wierność nastrojowi i estetyce tamtych lat, tak Fincher uczcił "Mankiem" Złotą Erę Hollywood. I choć obrazy te są od siebie bardzo odmienne, tak dziewiąty film Quentina Tarantino, jak i "Mank" stanowią wyznanie miłosne filmowca pod adresem sztuki filmowej.

Polecamy

Obaj zdają się mieć przeczucie, że oto tworzą swoje opus magnum - dzieło najpełniejsze i najdoskonalsze, po którym trudno będzie sięgnąć wyżej.

Fincher tworząc własne kino o kinie, posuwa się jednak o krok dalej niż twórca "Pulp Fiction". Reżyser "Manka" sam przegląda się w swoim dziele, a jego odbicie możemy dostrzec zarówno w postaci Orsona Wellesa, jak i w ambicjach tytułowego bohatera granego przez niezawodnego Gary'ego Oldmana. Rzeczywistego reżysera "Manka" i ekranowego scenarzystę, script doctora i alkoholika Hermana J. Mankiewicza, z pozoru łączy bardzo niewiele. Obaj są jednak nieugiętymi perfekcjonistami, z którymi trudno się pracuje. Z Mankiem dlatego, że rzadko bywa trzeźwy i skupiony, z Fincherem - ponieważ nigdy nie odpuszcza. Obaj ryzykują wiele, decydując się na opowiedzenie takiej, a nie innej historii, gdyż obaj zdają się mieć przeczucie, że oto tworzą swoje opus magnum - dzieło najpełniejsze i najdoskonalsze, po którym trudno będzie sięgnąć wyżej. Przeczucie Mankiewicza było słuszne. Nigdy wcześniej i nigdy później nie napisał scenariusza lepszego od tego, który przyniósł mu Oscara i nieśmiertelność. Gdyby żył do dziś, pewnie zgodziłby się, że było warto. Nawet pomimo tego, że to Orson Welles funkcjonował dotychczas w zbiorowej świadomości jako jedyny autor legendarnego "Obywatela Kane'a". Jeśli zaś chodzi o Finchera, z pewnością wielu krytyków i miłośników X Muzy uzna "Manka" za najwybitniejsze dzieło twórcy "Fight Clubu". Mnie jednak trudno jest się zgodzić z tą opinią (pomimo tego wszystkiego, co zostało tu już napisane). I to nie tylko dlatego, że "Fight Club" to jeden z moich ulubionych filmów. 

"Mank" to towar ekskluzywny. Dla kogo tak naprawdę zrobił go Fincher?

"Mank" to kino dla prawdziwych koneserów. To film wymagający nie tylko wysublimowanego gustu, ale też olbrzymiej wiedzy na temat Złotej Ery Hollywood. Każdy, kto nie spędził pięciu lat na studiowaniu historii kina lub nie robi tego od dekad na własną rękę, pogubi się w rozmowach i nazwiskach bohaterów już po pierwszym kwadransie i zwyczajnie straci zainteresowanie dalszymi losami głównego bohatera. Fabuła "Manka" nie jest bowiem wybitnie porywająca. W końcu jest to opowieść o cynicznym scenarzyście po czterdziestce, który zostaje siłą odcięty od świata i alkoholu, by pisać scenariusz na zlecenie. Dyktując kolejne wersy maszynistce, wspomina sceny ze swojego życia w studyjnym systemie Fabryki Snów. Jego anegdotom daleko jest jednak do opowieści z pierwszych stron gazet. W jednej ze scen założyciel MGM, Louis B. Mayer grany przez Arlissa Howarda, przypomina najważniejszą zasadę, podstawową funkcję i nadrzędny cel robienia filmów: kino ma wywoływać emocje. Wydaje się, że Fincher dopieszczając wizualną stronę swojego dzieła sztuki, zapomniał zastosować się do zasady, o której sam przypomina. Jego nowy film bywa wprawdzie momentami zabawny, ale to zdecydowanie za mało, by uznać go za arcydzieło.

"Mank" ma nie tylko opowiadać o kinie lat 30. i 40., lecz ma stwarzać wrażenie, że sam powstał w tamtym okresie.

Jedyne uczucia, jakie wzbudza w odbiorcy seans "Manka", to uczucia estetyczne. Pod tym względem Fincher nie wypada z wprawy i po raz kolejny potwierdza swoje mistrzostwo w budowaniu świata za pomocą ruchomych obrazów. Zdjęcia Erika Messerschmidta są dopracowane w każdym szczególe tak, by "Mank" nie tylko opowiadał o kinie lat 30. i 40., lecz by stwarzał wrażenie, że sam powstał w tamtym okresie. Kompozycje kadrów, ruchy kamery (a raczej ich brak), montaż, muzyka, inscenizacja, a nawet aktorstwo - wszystko jest wyjęte żywcem ze starego kina. Szkoda tylko, że Fincher i Messerschmidt nie zdecydowali się nakręcić "Manka" na taśmie, i charakterystyczny cine look nadawali mu dopiero na etapie kolorkorekcji. Nie będę udawać, że specjalnie rzuca się to w oczy, ale w przypadku takiego filmu jak "Mank", taśma po prostu wydaje się jedyną możliwą opcją.

L1240956 Fot. materiały prasowe Netflix

Twórcy wybrali jednak kamerę cyfrową, co nie przeszkodziło im w nawiązaniu do tradycyjnej kopii filmowej. Co kilkanaście minut w prawym górnym rogu ekranu na moment pojawia się czarne kółko. Dawniej był to znak dla kinooperatora, że za moment będzie trzeba podmienić taśmę w projektorze na kolejną, z dalszą częścią filmu. Teraz Fincher puszcza w ten sposób oczko w stronę wprawionego widza, tak jak czynił to 20 lat wcześniej, wstawiając kadry z Bradem Pittem pomiędzy ujęcia "Fight Clubu". Podobnych smaczków jest w "Manku" nieco więcej. Jeden z moich ulubionych polega na wprowadzaniu każdej retrospekcji z takim opisem, jakiego używa się na początku każdej sceny w scenariuszu (i to jeszcze z dźwiękiem stukotu maszyny do pisania w tle). Wyznaczników stylu Davida Finchera jest tu jednak zdecydowanie za mało, by film o Hermanie J. Mankiewiczu mógł zadowolić fanów "Siedem", "Zaginionej dziewczyny" czy wspomnianego już kilkukrotnie "Fight Clubu".

Umiejscowienie "Manka" gdzieś pomiędzy "Emily w Paryżu" a świątecznymi filmami Netfliksa, jest jak prezentowanie nowej kolekcji Versace na regałach w Carrefourze.

Kogo zatem może zadowolić "Mank" (poza jego reżyserem)? Z pewnością krytyków filmowych, autentycznych miłośników Złotej Ery Hollywood i wszystkich, którzy lubią uważać się za filmoznawców. Nie wiem tylko, na ile tego typu publiczność będzie zadowolona ze środka przekazu, jakim jest Netflix. Wydaje mi się bowiem, że są to widzowie, dla których na magię kina składają się wszystkie elementy seansu, a nie tylko sam film. Będą więc szukali tych nielicznych pokazów "Manka" w ciemnych salach kinowych, rozświetlanych jedynie blaskiem projektora, z których wychodzi się z mrowieniem w łydkach. Jeśli zaś chodzi o Netfliksa, obawiam się, że umiejscowienie nowego filmu Finchera gdzieś pomiędzy "Emily w Paryżu" a świątecznymi filmami serwisu, jest jak prezentowanie nowej kolekcji Versace na regałach w Carrefourze. Stali bywalcy się na niego nie skuszą, a potencjalni nowi klienci tam po niego nie przyjdą. Ale może to ja się mylę i "Mank" zgotuje nam rewolucję na miarę "Obywatela Kane'a", czego oczywiście serdecznie Fincherowi życzę.

Premiera filmu "Mank" w serwisie Netflix odbędzie się 4 grudnia 2020 roku.

Polecamy

Ocena: 7/10

Natalia Hluzov
Natalia Hluzow Redaktor antyradia
Polub Antyradio na Facebooku
CZYTAJ TAKŻE
Logo 18plus

Ta strona zawiera treści przeznaczone tylko dla dorosłych jeżeli nie masz ukończonych 18 lat, nie powinieneś jej oglądać.