advert 0:
advert:
device 1:all
device 2:all
advert final:

Marek Laskowski: "Klub Progresja znalazł swoje miejsce na koncertowej mapie świata" [WYWIAD]

Aleksandra Degórska
AKTUALIZACJA 12.04.2023 08.04.2023 12:21
AKTUALIZACJA 12.04.2023 08.04.2023 12:21

Prezes klubu Progresja, Marek Laskowski, opowiedział o początkach tego kultowego miejsca oraz o tym, czy czuje się ojcem polskiej sceny rockowej.

Klub Progresja

Aleksandra Degórska: Gdy rozmawiam ze starszymi znajomymi, często wspominają o koncertach Progresji we wcześniejszej lokalizacji – ja znam ówczesną Progresję, ale opowiedz, jak to się wszystko zaczęło. Sądziłeś, że w 2023 roku Progresja będzie jednym z najważniejszych, koncertowych miejsc w stolicy?

Polecamy

Marek Laskowski: Kiedy wypaliłem się w poprzedniej pracy w charakterze handlowca i sprzedawcy ciuchów stanąłem na rozdrożu z myślą którędy pójść ze swoimi pomysłami. Nie chciałem kontynuować swojej pracy w "szmata biznesie". Od dziecka muzyka była dla mnie czymś bardzo ważnym, każdą wolną chwilę poświęcałem jej słuchaniu. Pomyślałem o otwarciu klubu. Samemu trochę brakowało mi odwagi, pomyślałem że podzielę się swoim pomysłem z przyjacielem ze szkolnej ławy, Januszem. On podchwycił mój pomysł i zaczęliśmy przygotowania do realizacji marzenia. W wynajętym pomieszczeniu od Wojskowej Akademii Technicznej wybudowaliśmy bar i scenę, wypożyczyliśmy głośniki, oświetlenie i zaczęliśmy organizować koncerty. Nie ukrywam, że gdybyśmy nie poznali kolegów z takich zespołów, jak Riverside, Indukti i Dragon's Eye byłoby ciężko. Ale dzięki ich znajomości warszawskiej, jak również polskiej sceny muzycznej, klub ruszył z kopyta. Wieść gminna rozniosła się nie tylko w Polsce, ale również po świecie. Już w naszej pierwszej lokalizacji zagrały wyżej wymienione zespoły, jak również goście z zagranicy: Colin Bass, Acheron, koledzy z Pendragona, RPWL, Sylvan. Po trzech latach zmieniliśmy miejsce klubu na większe i już na stałe klub Progresja znalazł swoje miejsce na mapie koncertowej świata. Wtedy też utrwaliliśmy w oczach fanów i agencji, że jesteśmy klubem metalowym. Ale po zmianie kolejnego miejsca pobytu na obecne wszystko się zmieniło.

Marek Laskowski
Fot. Marek Laskowski
Marek Laskowski

Na przestrzeni ostatnich lat bardzo zmienił się przemysł muzyczny i również koncertowy – szczególnie pandemia wywróciła wszystko do góry nogami. Jak będziesz wspominać ten czas w Progresji?

Marek Laskowski: W pierwszym odruchu pomyślałem, że za tydzień, dwa wszystko wróci do normy, a tutaj blisko dwa lata trwała pandemia. W pewnym momencie weszły programy pomocy dla przedsiębiorstw jak PFR i Fundusz wsparcia kultury, które w znaczący sposób pomogły nam przetrwać.

Każdy kombinował w czasie pandemii jak mógł - Progresja ruszyła z Letnią Sceną, która działa nadal. Czego pandemia nauczyła branżę koncertową? Podejrzewam, że pewne kwestie już nigdy nie będą takie same.

Marek Laskowski: Oprócz znaczącej pomocy finansowej, o której wspomniałem wyżej, staraliśmy się w miarę ówczesnych możliwości organizować koncerty, szczególnie te plenerowe. Zorganizowaliśmy największy koncert pod względem frekwencjii rapera Maty i Bedoesa.

Polecamy

Czy czujesz się trochę ojcem polskiej sceny rockowej? W końcu Progresja była niezwykle ważna w historii Riverside czy Tides From Nebula. To miłe, że te kapele zawsze do Was wracają, chociaż mogłyby się zdecydować na inne kluby.

Marek Laskowski: Dodałbym jeszcze zespół Night Mistress, który dzisiaj, znany jako Nocny Kochanek, rządzi na rockowej scenie w naszym kraju. To, że zespoły tutaj wymienione wracają do nas z kolejnymi koncertami, wynika głównie z naszych przyjacielskich relacji.

Progresja kojarzy się ze sceną rockową, ale przez ostatnie lata otworzyliście się również na innych artystów – czy są jakieś gatunki czy artyści, którzy nigdy nie zagrają w Progresji z jakiegoś powodu?

Nie chciałbym podejmować deklaracji, że jakieś gatunki muzyczne nie pojawią się na naszej scenie, ponieważ przez dwadzieścia lat prowadzenia klubu, pojawiło się tylu nowych artystów i gatunków muzycznych kompletnie dla mnie nieznanych i niezrozumiałych. Ale kiedyś złożyłem deklarację ze sceny podczas Zacieraliów, że disco-polo nie zagości na naszych deskach i tego się trzymam.

MAREK KUDELSKI/AGENCJA SE/East News
Fot. MAREK KUDELSKI/AGENCJA SE/East News
MAREK KUDELSKI/AGENCJA SE/East News

Skoro w Progresji zaczęły grać kapele nie tylko rockowe, to również klienci Progresji się zmienili – jak ta zmiana wygląda w Twoich oczach?

To jest kolosalna zmiana. Kiedyś zespół, który osiągał status gwiazdy był popularny przynajmniej dekadę. Teraz zdarza się, że popularność artysty jest krótkotrwała. Często prowadząc rozmowy z młodymi uczestnikami koncertów na temat tego, czego słuchają przytaczam swoje odkrycia np. sprzed roku i słyszę "to jest stare".

Pytanie sztampowe, ale jestem ciekawa odpowiedzi od człowieka, który żyje koncertami – który koncert najbardziej zapadł Ci w pamięć? Może masz jakąś ciekawą anegdotę do opowiedzenia?

Na temat anegdot musiałbym udzielić osobnego wywiadu, bo było ich bardzo wiele. Jeśli koncerty, to nigdy nie zapomnę pierwszych dwóch wyprzedanych koncertów Riverside, po których zorganizowaliśmy "kolacyjkę" dla przyjaciół i chłopaków z Riverside. "Kolacyjka" przerodziła się w balangę, która wymknęła się spod kontroli, a ślizganie się gołą klatą na soku malinowym przeszło do annałów. Drugim koncertem, który był spełnieniem marzeń było zorganizowanie 3 koncertów w Polsce zespołu Budgie. To zespół, który w latach 70. był dla mnie jednym z najważniejszych, jeśli chodzi o moją edukację muzyczną. Jako wielki fan jazzu bardzo ucieszyłem się, że wystąpiły u nas takie zespoły jak Go Go Penquin, Portico Quartet czy Snarky Puppy. Nie sposób w jednym wywiadzie wymienić wszystkich. którzy wystąpili na naszej scenie ale np. bardzo polubiłem współczesną elektronikę

Kalendarz koncertów w Progresji jest już zapchany – jakie są Twoje przewidywania na najbliższe lata w branży koncertowej? Niektórych fanów muzyki pandemia mocno rozleniwiła plus inflacja wpłynęła na ceny biletów. Zauważasz spadek zainteresowania koncertami czy jest wręcz odwrotnie ?

Wiesz po doświadczeniach związanych z pandemią i teraz wojną na Ukrainie przestałem wyrokować i ustalać długotrwałą reżyserię tego, co będzie. Czasami wydaje mi się, że żyjemy na dwóch różnych planetach. Informacje docierające z mediów są fatalne, wszystkiego brak, wszystko drogie, a z drugiej strony obserwujemy wzrost frekwencji na koncertach mimo, że ceny biletów wzrosły co najmniej dwukrotnie.